W marcu 2016 po raz pierwszy odwiedziłam Seattle.
Przez następnych kilka miesięcy trwałam jeszcze w dziwnej próżni pomiędzy życiem „tu i tam,” bo wróciwszy do Warszawy wiedziałam już że za kilka miesięcy zamieszkamy w zielonym stanie Waszyngton.

O Seattle mówi się, że to miasto muzyki grunge i Kurta Cobaina.
Ale jest to równie dobrze szalenie urokliwe zielone miejsce leżące w sąsiedztwie legendarnego „Twin Peaks.” To miasto, w którym ludzie uśmiechają się do siebie na ulicy, a pasażerowie autobusu dziękują kierowcy wychodząc z autobusu!

Przy okazji tego wpisu opowiem Wam też krótką historię z Warszawy:

Na skrzyżowaniu al. Solidarności z Jana Pawła w Warszawie, pod arkadami dużego bloku, tuż przy automacie biletowym, swój mały warzywny straganik rozkładał pewien przeciętny Pan. Widywałam go tam ‘od zawsze’ i jeszcze jesienią, gdy w grubych rękawicach podawał kupującym jabłka i śliwki, pozdrawiałam go z uśmiechem. Potem zniknął…

Lot do Seattle

Nie jestem z tych, którzy miesiącami przygotowują się do podróży, a na miejscu mają już gotowy plan działania. Miałam w zwyczaju łowienie tanich lotów i jako takiego noclegu kilka miesięcy wcześniej, by potem ruszyć w nieznane i z ciekawością dziecka odkrywać kolorowe ulice Porto i alternatywne zakamarki Hamburga.
Miałam – ponieważ moja ostatnia podróż była inna.

Po pierwsze, tak bardzo jak kiedyś lubiłam odkrywać nieznane w pojedynkę, tym razem nie poleciałam sama. Po drugie, ponieważ Ryanair nie zaoferował jeszcze tanich lotów do USA, bilety do Szmaragdowego Miasta musiały trochę kosztować. Moje wcześniejsze wizyty w Stanach to głównie wschodnie wybrzeże – Boston i NYC. Tym razem, lot był nieco dłuższy i kończył się w Seattle w stanie Waszyngton.

Po raz pierwszy leciałam do Seattle z dwoma przystankami – we Frankfurt i w Vancouver, a podróż trwała jakieś 17 godzin. Ale niech was to nie odstraszy! Sama wybrałam tak długą drobę dlatego, że bardziej niż na komforcie podróży zależało mi na dobrej cenie biletu w konkretnej, interesującej mnie dacie.

Bezsenność w Seattle

Jetlag– czyli zmęczenie spowodowane różnicą czasu, targało mną przez pierwsze trzy dni. Moi znajomi nie mogli się nadziwić, dlaczego chce mi się lecieć do Stanów tylko na tydzień, skoro jetlag nie pozwoli mi funkcjonować na pełnych obrotach.

To pozornie deszczowe miasto przywitało nas piękną, słoneczną wiosną i, bez względu na to, jak wyobrażaliście sobie Seattle, jego krajobrazy i atmosfera całkowicie nas urzekły.
Mogę nawet napisać, że urzekły nas tak, że zechcieliśmy tam zamieszkać.

Podczas tej pierwszej wizyty wynajmowaliśmy małe mieszkanie z AirBnB. Ulokowaliśmy się w okolicach Green Lake, a całkowity koszt 6-dniowego pobytu kosztował….

Tu, Teraz, To …

Ktoś kiedyś zapytał mnie czy tęsknię za Krakowem. Odpowiedziałam, że nie mogę za nim tęsknić bo, choć mieszkałam tam prawie 5 lat, nigdy nie był moim domem.
Z resztą, tak samo dobrze musiałabym tęsknić za podkarpaciem, Bray w Irlandii, turecką Konyą, Wrocławiem czy węgierskim Satoraljaujhely. Wszystkie te miejsca, choć wpisane w moją historię, to krótsze lub dłuższe przystanki.

Jestem teraz w mieszkaniu na warszawskiej Woli. Popołudniowe słońce leniwie wkrada się przez okno. Za kilka miesięcy będę już pisać ze stołu ustawionego pod innym oknem. Wtedy będę zapraszać Was do nieco innej codzienności.

Co się stało z warzywnikiem

Pan Straganiarz, miał około 50 lat i choć taki przeciętny, potrafił zręcznie wmanewrować Cię w kupno dodatkowego kilograma ziemniaków, kilku potrzebnych  w kuchni cebul czy niezwykle zdrowego czosnku. Lubił też się pośmiać, zagadać i zakręcić wokół straganika tak, jakby łowił dla Ciebie najlepsze skarby tego świata.

W pierwszy na prawdę ciepły dzień warszawskiej wiosny, uderzył mnie brak Pana Straganiarza. Najpierw pomyślałam sobie, że mi go brak, że może stało się coś złego i może już go więcej nie spotkam. Potem jednak pomyślałam, że musi być teraz szczęśliwy.

Gdy mijałam to puste miejsce, przypomniałam sobie bowiem, jedną z naszych serdecznych, acz krótkich rozmów, toczonych gdzieś między ważeniem brukselki, a wydawaniem reszty.

Szara sobota, ok. 21. Ludzie wylewający się z tramwaju zaciągają kołnierze bo zimny wiatr smaga ich po twarzy, a imprezowicze wesołymi grupkami wypatrują monopolowych.
Po całym dniu pracy Pan Straganiarz dopiero teraz pakuje swój biznes.
Pytam go z zaciekawieniem i nieukrywaną troską:

– Widuję tu Pana zawsze, od rana do wieczora. Chyba codziennie? Nikt już o tej porze nie sprzedaje. Dlaczego Pan tyle pracuje?

– Cóż, chcę zarobić jak najwięcej pieniędzy na moje wielkie marzenie.

-A co to za marzenie?

-Chcę lecieć do Peru.

 

andy
Andy fot. Przemek Skokowski z bloga: autostopem-przez-zycie.pl
  • Piękny wpis 🙂 Ja też tak kocham podróże… i uwielbiam ludzi, którzy dążą do realizacji swoich marzeń… właśnie jak ten Pan z Warzywniaka <3 !

    A co do zmian miejsca zamieszkania przybijam piątkę… za rok o tej porze będę pewnie w zupełnie innym salonie w zupełnie innym mieszkaniu, w zupełnie innym mieście, którego do zamieszkania jeszcze z Lubym nie wybraliśmy… 😀

    Ściskam,

    Panna Joanna

  • Panno Joanno, trzymam kciuki i z chęcią przeczytam/ usłyszę Twoją historię <3. Mam nadzieję, że gdy za rok już wszystko się wyklaruje dasz znać co u Ciebie słychać 🙂

  • Pingback: Przeprowadzka do Stanów – Pracologia()

  • Pingback: Trzęsienie ziemi, huragan i powódź w Seattle – Pracologia()

  • Ania, my w Vancouver, a też z warszawskiej Woli….. rany, jaki ten świat mały 😀 pozdrawiamy i do zobaczenia, bo w końcu to rzut kamieniem !