Anię Cholewińską polubiłam niemal instynktownie bowiem zawsze lubiłam swoje imienniczki! Dla mnie Anny to kobiety aktywne i emanujące niesamowitą energią!

Ania Cholewińska robi wiele: wykłada na City University of Seattle, założyła i prowadzi Polską Szkołę w Bellevue, od wielu lat w różny sposób udziela się w środowisku polonijnym, pisze bloga kulinarnego, prowadzi dom.
Ania jest nauczycielem z powołania i myślę, że wszyscy powinniście ją poznać!
Jako pierwsza uwierzyła w Projekt SIS i to właśnie dzięki niej wierzę, że warto robić coś dla wspólnego dobra! 

Aniu, jak wspominasz swój przyjazd i co wydawało Ci się być największym zaskoczeniem w USA?

Pierwszy raz przyjechałam do Stanów w latach osiemdziesiątych na zaproszenie przyjaciół. Wtedy byłam gościem i nie musiałam się tu utrzymywać. Wtedy też nie zdawałam sobie sprawy z tego jak mogłaby tu wyglądać moja codzienność.

Kiedy przyjechałam w 1991 nasza codzienność wyglądała inaczej niż to, co pamiętałam z wakacyjnego pobytu.
Już w pierwszych dniach, gdy okazało się ile zapłacimy za ubezpieczenie zdrowotne, dostaliśmy przysłowiowym “obuchem w głowę.”

Byliśmy bardzo biedni – w pierwszych latach utrzymywaliśmy się z jednego stypendium, później z dwóch, ale zrobiło się nas więcej, więc wcale nie było łatwo. Po opłaceniu wszystkiego, co trzeba było zapłacić, zostawało nam na życie $50 tygodniowo. Mówiliśmy, że to za dużo by umrzeć, a za mało by żyć. Fakt, że było to ponad 25 lat temu, ale i wtedy było to bardzo, bardzo mało. Mimo tego … jakoś daliśmy radę.

Największym zaskoczeniem – oprócz kosztów życia i gwałtownego spadku naszej stopy życiowej – była uczelnia i system studiów. Po latach studiowania socjologii dość teoretycznie na Uniwersytecie Warszawskim, przekonałam się, że można studiować inaczej. Studia w Stanach były nastawione na zdobywanie praktycznej wiedzy.
Owszem, teoria też była istotna, ale niemal zawsze w odniesieniu do praktyki i zastosowań.Wtedy też nauczyłam się uczyć. Stopniowo dostawałam większe zadania od profesorów, z którymi współpracowałam; miałam coraz większy kontakt ze studentami, coraz częściej byłam odpowiedzialna za uczenie mniejszych lub większych grup.
Pomogło mi to i w późniejszej pracy w szkołach polonijnych, i w mojej pracy zawodowej.
Dziś gdy pracuję ze studentami bardzo dobrze wspominam ten czas.

Założyłaś Szkołę Polską w Bellevue, wykładasz na City University of Seattle, masz trzy wspaniałe córki, prowadzisz dom, od wielu lat pomagasz przy polonijnych wydarzeniach, piszesz bloga kulinarnego – jak udaje Ci się to wszystko pogodzić?

Szkoła Polska w Bellevue, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Anna Cholewińska i Szkoła Polska w Bellevue”

Nigdy nie myślałam, że będę mieć tyle na głowie.
Nie żebym była leniwa, ale po prostu nie sądziłam, że zaangażuję się w tyle spraw. (śmiech) Ale sprawia mi to ogromną satysfakcję; pod koniec roku szkolnego odliczam już ile zostało nam do końca i jak uczniowie wzdycham do wakacji. Ale wkrótce zaczynam tęsknić za gonitwą, za nowymi wyzwaniami, pracą.  

Przeczytałam kiedyś, że Leonardo Da Vinci powiedział coś w tym stylu – “masz za mało czasu? Zajmij się jeszcze jedną sprawą.” Myślę, że coś w tym jest!

Narzekamy, że nie mamy czasu, a potem jak pojawi się coś kolejnego w życiu, okazuje się, że i na to jest miejsce w naszym kalendarzu.

Ot, choćby kiedy pojawiają się dzieci! Gdy pojawia się pierwsze dziecko, wydaje nam się, że nie mamy na nic czasu. A gdy pojawia się drugie, jakoś się przereorganizowujemy i czas się znajduje.

Tak samo było i w moim przypadku – kwestia organizacji. Ale również pomocy i współpracy innych.
Bo Szkoła Polska w Bellevue to nie tylko ja – to nauczycielki! Owszem, prowadzenie szkoły to duże przedsięwzięcie wymagające ogromu pracy, z której wielu ludzi może nie zdawać sobie sprawy, ale od początku mam szczęście do wspaniałych nauczycielek. Bez nich nie byłoby naszej szkoły! Wszyscy jesteśmy mocno zaangażowani w życie naszej polskiej szkoły bo wszystkim nam zależy na tym, by dzieci korzystały z niej jak najwięcej.
Chętni i gotowi do pomocy są też niektórzy rodzice. Oni nie czekają, aż wyznaczy im się coś do zrobienia ale sami wychodzą z inicjatywą nawet w najdrobniejszych sprawach. To jest wspaniałe i ogromnie to doceniam!

Niejedna osoba nie odnalazłaby się w żonglowaniu tyloma sprawami!

Wydaje mi się, że ja chyba po prostu lubię być zajęta i nie wyobrażam sobie siedzenia bezczynnie.
W USA tak naprawdę doceniłam pracę społeczną i nauczyłam się, że warto się w nią angażować.

Pamiętam, że moi rodzice nie chcieli nawet chodzić na wywiadówki w szkole, za co często dostawało mi się od nauczycieli. A przyjście do szkoły i zrobienie czegoś w niej w ogóle nie wchodziło w rachubę! Moja mama dopiero pod wpływem super silnej presji poszła pomóc szykować kanapki na studniówkę.

Gdy moje dziewczyny były mniejsze zaczęłam pomagać w ich szkołach i na własne oczy zobaczyłam jak bardzo to się przydało. Oczywiście, najpierw nauczyłam się tego zachowania od amerykańskich rodziców.
Na tym przykładzie szybko zrozumiałam, że jeśli nie zaangażuję się w szkołę polską, to stracą na tym moje dzieci.
Stąd najpierw udzielałam się w szkole w Seattle, a potem zajęłam się już szkołą w Bellevue.

Kiedy patrzę jak dzieci chodzące do polskiej szkoły, na moich oczach uczą się czytać i pisać; kiedy widzę jakie robią postępy, dodaje mi to skrzydeł! Podobnie z innymi sprawami – mniejsze i większe sukcesy sprawiały, że aż się chciało coś robić. A porażki?
Po chwilowym podłamaniu i rozczarowaniu, zawsze zastanawiałam się co zrobić inaczej, co zrobić lepiej, tak by nie mieć kolejnej porażki.

Na codzień nawet nie zastanawiam się jak to robię – po prostu działam. We wszystkim pomaga mi planowanie i ustalanie co kiedy musi być zrobione. Zazwyczaj udaje mi się zapanować nad wszystkim, ale czasem oczywiście zdarza mi się o czymś zapomnieć lub trochę się spóźnić.

Szkoła Polska to dla wielu dzieci w Seattle jedyna szansa na mówienie z rówieśnikami po polsku. Jak wyglądają zajęcia w prowadzonej przez Ciebie Polskiej Szkole i czego uczą się w niej dzieci?

W pierwszym roku, 12 lat temu, do szkoły zapisało się 19 dzieci; podzielone zostały na trzy klasy.
Obecnie mamy blisko 100 uczniów w 11 klasach. Zdecydowana większość dzieci mówi po polsku w domu, ale jest kilkoro uczniów, którzy nie znają w ogóle polskiego.

Szkoła uczy w najróżniejszy sposób. Uczymy przede wszystkim języka polskiego – pisać, czytać i mówić ładnie po polsku. Uczymy też geografii Polski, ale nie tak jak mnie uczono o czarnoziemach na lubelszczyźnie czy kopalniach na Śląsku. Nie oszukujmy się – jest to nudne. Lata temu znalazłam książkę ABC Regionów Polski i urzekła mnie tym, że każdy rozdział przedstawiał jedno województwo i to, co w nim najciekawsze, a kończył się legendą z tego rejonu. Czegóż trzeba więcej dla naszych uczniów?! I co z tego, że książka ta nie była typowym podręcznikiem?!
Po prostu sama napisałam do niej ćwiczenia i mieliśmy podstawy!

Kiedy pierwszy raz uczyłam moją klasę geografii, starałam się uzupełnić to wszystko nosząc do szkoły tony pomocy, oczywiście mapę, a nawet jedzenie, by uczniowie poznali smaki regionalne.

Najgorzej było z dowiezienie zupy chrzanowej (przysmak województwa łódzkiego), ale się udało! W samochodzie zostało, parę plam po zupie, ale zdecydowana większość dotarła na lekcję. Jedne dzieci po zjedzeniu “obowiązkowych” trzech łyżek na spróbowanie, wylały resztę, inne prosiły o dokładkę. Do dzisiaj pamiętają tę zupę i inne przysmaki! Inne nauczycielki też tak robią.

Poza językiem i geografią uczymy też historii Polski; oczywiście nie całej, bo ciężko w naszych warunkach to zrobić, ale wybranych najważniejszych rzeczy. Często na lekcjach treści historyczne, geograficzne, a przede wszystkim kulturowe się przeplatają. Kiedyś, gdy uczyłam pierwszą klasę, zastanawiałam się jak nauczyć tak małe dzieci o Święcie Niepodległości. I wymyśliłam “urodziny Polski”. Było więc i odśpiewane “Sto lat” i łakocie jak na prawdziwych imprezach urodzinowych. Dzisiaj w zerówce i pierwszej klasie jest nawet tort ze świeczkami! “Urodziny Polski” się przyjęły!

Nawet maluchy z klas początkowych można uczyć naszych tradycji i historii, tak by to zapamiętały.
Dzieci w młodszych klasach mają całą masę projektów tematycznych, starsi uczniowie robią inne rzeczy, tj. palemki, pisanki, a nawet strojenie mazurków. Słowem – nie ma nudy. Dużo też czytamy tak na lekcjach jak i w domu.
Wierzę, że nasi uczniowie, opuszczając szkołę, są nieźle przez nas wyedukowani i kiedyś to im zaowocuje.
Ostatnio zapytałam o najfajniejsze lekcje moich ósmoklasistów. Wymienili właśnie te pamiętne lekcje geografii, robienie palemek i mazurków wielkanocnych na naszych zajęciach.

Myśląc o Szkole Polskiej imienia księdza Twardowskiego i o tym, że polska kultura mocno zakorzeniona jest w religii katolickiej, od razu nasuwa mi się pytanie o powiązanie szkoły z religią.
Jak jest naprawdę? I dlaczego właśnie ksiądz Twardowski stał się patronem strony?

Księdza Twardowskiego poznałam, kiedy byłam nastolatką. To on przygotował mnie do chrztu i komunii.
On też ochrzcił moją najstarszą córkę. Wiele razy widziałam go w kontaktach z dziećmi, które uczył, a także czytałam o jego pracy z dziećmi upośledzonymi. Kiedy zakładałam szkołę, pomyślałam, że osoba mająca tak wielkie serce dla dzieci, powinna być naszym patronem, zwłaszcza, że i my mamy specjalną misję do spełnienia.
A to, że był księdzem, było dla mnie drugorzędne. Ja w księdzu Twardowskim widziałam przede wszystkim człowieka o wielkim sercu, przyjaciela dzieci. I tak powstała pierwsza szkoła, której patronował ks. Twardowski. Czy to oznacza, że nasz patron narzuca nam bycie szkołą katolicką/religijną? Absolutnie nie. Uczymy języka polskiego, polskiej historii, geografii, kultury i to jest naszym celem.

Zarówno wśród nauczycielek, jak i dzieci mamy osoby innych wyznań i osoby niewierzące.
Dla nas, nauczycielek, nie ma to żadnego znaczenia. Szkoła to nie kościół. Nie narzucamy nikomu katolicyzmu i nie zamierzamy nikogo nawracać, ale pamiętamy
też, że polska kultura i literatura, a także historia ma głębokie korzenie i powiązania z chrześcijaństwem i katolicyzmem. Od tego nie da się uciec. Stąd wspominamy o tym na lekcjach i w organizowanych przez nas uroczystościach, takich jak Jasełka czy poczęstunek wielkanocny, który co roku przygotowują nasze nauczycielki. I myślę, że nikomu nie powinno to przeszkadzać.

A z jakich podręczników korzystacie w szkole?

Przez wiele lat korzystaliśmy z podręczników szkolnych sprowadzanych z Chicago. I nadal z nich korzystamy, ale tylko w młodszych klasach. Jednym z powodów odejścia od nich było właśnie zbyt duże ich powiązanie z religią.
W tych książkach tematy religijne były bardzo mocno wyeksponowane i to nas raziło. Doszła jeszcze ogólna jakość podręczników i to, że po prostu są przestarzałe. Z tych książek uczyła się piętnaście lat temu moja najstarsza córka i od tego czasu ich ani nie zmieniono ani nie zaktualizowano. A przecież tyle się od tamtych czasów zmieniło!

Zaczęłam szukać alternatywy. Niestety, klasy 1-3 w Polsce są uczone według tzw. zintegrowanego programu edukacji wczesnoszkolnej. Mówiąc prościej nie ma podręcznika do polskiego jako takiego, a tylko wspólny do nauki wszystkich przedmiotów. To nam uniemożliwia jego wykorzystanie. Ale już w klasach 4-6 są w Polsce wspaniałe podręczniki. Po latach szukania zaadoptowałam do nauczania w naszej szkole zestaw do nauki polskiego w klasach 4-6. Wraz z naszymi podręcznikami do nauki geografii i historii, a także lekturami sprawdzają się doskonale w klasach 4-8. Bardzo mnie to cieszy, bo przez lata nie byliśmy w stanie tego zrobić, bo podręczniki z Polski nie do końca się u nas sprawdzały. Były zbyt przeładowane jak na nasze potrzeby i za trudne.
Te podręczniki, z których korzystamy obecnie są świetne; zadowolone są z nich i uczące u nas nauczycielki, uczniowie i ich rodzice. Mamy tylko nadzieję, że zmiany w systemie edukacji w Polsce nie sprawią, że te podręczniki zostaną wycofane. Również “zerówka” odchodzi od tutejszych podręczników na rzecz materiałów jakie obecnie z łatwością można znaleźć na stronach poświęconych edukacji dzieci.

 A jak Twoim zdaniem wychowywać dwujęzyczne dzieci?
Jakie trzy wskazówki dałabyś mieszkającym w Stanach rodzicom?
Czy wystarczy wysłać dzieci do Polskiej Szkoły by ładnie mówiły po polsku?

Szkoła to duża pomoc, ale dzieci muszą mówić po polsku poza szkołą. Zastanówmy się – czy można nauczyć się czegoś w trybie 62 godzin rocznie? Nie. Aby opanować jakiś język musimy go używać jak najczęściej.
W szkołach amerykańskich, nauczyciele uczą metodą całkowitej immersji tj. mówienia od pierwszych chwil tylko w nauczanym języku i zadawania prac opierających się na jak najczęstszym używaniu tego języka.
Immersja to też 
oglądanie filmów, słuchanie nagranych wypowiedzi w danym języku, czy uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych, typu festiwale etniczne. Dlatego najważniejsze jest to, by zawsze rozmawiać z dziećmi po polsku. Moim zdaniem używanie języka polskiego w domu nie powinno w ogóle podlegać jakimkolwiek dyskusjom.

Dzieci, nawet te najmniejsze, pięknie potrafią sobie uporządkować dwa światy – polskojęzyczny i anglojęzyczny. Przestawią się płynnie z jednego na drugi. Niektórzy rodzice martwią się, że ich dzieci mogą nie poradzić sobie z angielskim w szkole, ale to nieprawda. Poradzą sobie i to lepiej niż nam się zdaje!

Polska szkoła nie powinna być jedynym miejscem, w którym używają języka polskiego. Dzieci z czasem spędzać będą coraz więcej czasu w anglojęzycznym otoczeniu. Po co jeszcze zabierać im czy ograniczać czas, który mogą spędzać w środowisku polskojęzycznym?

Druga rzecz jaką warto podkreślić to kontakt z rodziną i przyjaciółmi w Polsce – wizyty rodziny tutaj, często kontakt z dziadkami przez Skype’a czy Whatsapp – to wszystko sprawi, iż dzieci będą czuć więź z Polską i będą potrzebować polskiego. Moje dzieci godzinami rozmawiały z babcią, demonstrując jej przed ekranem wszystko co chciały pokazać – od zabawek po to, czego się nauczyły od ostatniej rozmowy. I wiem, że nie jestem wyjątkiem; że wiele innych rodzin tak robi.

Kiedy dzieci są starsze, można pomyśleć o koloniach czy obozach dla dzieci w Polsce. Ale… nic na siłę. Nie wszystkie dzieci są gotowe pojechać na taki obóz. Jeśli nie chcą, to może dłuższy pobyt z rodziną i znajomymi wchodzi w rachubę. Z moich obserwacji w szkole wynika, że każdy wyjazd dzieci do Polski sprawia, iż dzieci zaczynają lepiej posługiwać się naszym ojczystym językiem.

Ostatnia rada to kontakt z literaturą i filmami. Możemy wykorzystać pop kulturę do nauki języka! Wszystkie anglojęzyczne filmy dla dzieci w łatwy sposób można kupić na DVD w Polsce i choć jest drobne opóźnienie względem ukazania się tutaj, warto poczekać. Kupione w Polsce mają i polską, i angielską wersję językową. I są naprawdę doskonałe jeśli chodzi o tłumaczenie i jakość.

Czytajmy dzieciom i z dziećmi po polsku. Z czasem zobaczymy, że nawet te starsze dzieci lubią, gdy się im czyta. Kupujmy audiobooki i słuchajmy ich wszędzie – w domu, w samochodzie na wyjazdach, itd. Wszystko to zaowocuje tym, że nasze dzieci będą dwujęzyczne.

Dzieci z pewnością będą się czasem buntować, ale bądźmy pewni że kiedyś docenią znajomość polskiego. Gdy zaczną się uczyć innych języków, zobaczą jak bardzo znajomość języka polskiego i polskiej gramatyki pomaga w nauce np. języka hiszpańskiego.

Dodam też, że obecnie można podchodzić do egzaminu z języka polskiego w ramach World Languages Program. Wynik tego egzaminu odnotowany jest na świadectwie państwowej szkoły średniej. A to może pomóc przy aplikacji na studia. Nasza polska szkoła nie organizuje tego egzaminu, ale wszystko co robimy prowadzi do tego, by nasi uczniowie zdali go jak najlepiej.

Nie byłabym sobą bez tego pytania – w jaki sposób motywujesz się do ciągłego działania? I czego można Ci dzisiaj życzyć?

W sumie nie wiem. Na pewno częściowo motywują mnie przeszkody jakie napotykam, w tym i to, że nie wszyscy wierzyli i do dzisiaj nie wierzą, że nasza szkoła była potrzebna. Powstają mity i bajki o nas, z którymi nawet już mi się nie chce walczyć. Jednak gdy je słyszę, to mnie to złości i motywuje jednocześnie. Ot, taka jestem zadziora!

Jednak najważniejsze jest co innego – jak wcześniej mówiłam, lubię to co robię. I chciałabym, aby to co zrobiłam nie było byle jakie. Obserwuję innych i podglądam co robią, a potem przenoszę na grunt szkoły te najlepsze praktyki. Kiedy patrzę na nasze dzieci i widzę, jak rozwijają się z nami, to dodaje mi to wiary, że to prowadzenie naszej polskiej szkoły jest potrzebne. A kiedy uczniowie mówią mi, że polski im się przydał (tak, tak – tak się dzieje), to wiem, że warto było!

Ostatnio znalazłam pudełko, w którym zbierałam kartki od uczniów i ich rodziców. Ich lektura sprawiła, że dostałam potrzebną mi dawkę energii na kolejne tygodnie i miesiące.
A było co poczytać, bo przez 12 lat istnienia zebrało się sporo tych kartek!

Za serce ujęły mnie przede wszystkim te napisane dziecięcą ręką, czasem niewprawnie i z błędami, ale od serca. Tego nigdy bym nie dostała, gdyby nie Polska Szkoła w Bellevue. To największa nagroda i radość za wszystko! A także motywacja na kolejne lata!

Masz pytania? A może po prostu chcesz napisać nam coś miłego?
Zostaw swój komentarz na dole tej strony :)!

Szkoła Polska w Bellevue, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Anna Cholewińska i Szkoła Polska w Bellevue”

 

 

 

 

 

 

  • Irena Watrak

    Ania wspaniale osiagniecia, gratulacje

  • Kamila Kanczugowski

    Wspaniałe osiągnięcia bardzo ciekawe informacje dla wszystkich, definitywnie postac do naśladowania. Gratulacje!