O tym jak uciekłam azjatyckim babciom w Seattle Chinatown

Po polsku Seattle China Town po polsku
Chinatown Seattle I love pierogies po polsku

Dziś w Seattle’s Chinatown-International District uciekałam przed dwoma starszymi azjatyckimi babciami… Takimi, których zmarszczki dorobiły się już zmarszczek. Było gorąco! Dlaczego?

Tydzień temu zawędrowałam do małej trochę dziwnej i nie do końca czystej tajskiej knajpki przy S Jackson Street. Zjadłam Pad Taia i już chciał płacić, gdy okazało się, że nie mogę płacić kartą (no oczywiście! przecież widziałam gdzie wchodzę, prawda?), a nie mam złamanego centa w gotówce (lekcja na przyszłość).

Spanikowana, z kroplą potu na czole zaczęłam zastanawiać się co zrobić?! Byłam jedynym klientem, a w lokalu była tylko starsza gotującą i obsługująca mnie pani, która nie do końca mówiła po angielsku.

Tak… Mogłabym pozmywać, mogłabym nawet wyszorować podłogę gdyby nie to, że zaraz musiałam być w pracy! Starsza pani serdecznie machnęła ręką w geście „Nic się nie stało, nie trzeba!’

Co mogłam zrobić? No co?

Dałam jej moją wizytówkę (ze zdjęciem, co by mogła rozpoznać mnie na ulicy) i powiedziałam, że wrócę zapłacić za kilka dni.

Dziś weszłam do knajpki i było w niej kilka osób. Wyglądało na to, że cała rodzina prowadzi to miejsce. Wszyscy obudzili się na dźwięk otwieranych drzwi.
Młody chłopak popatrzył na mnie pytająco, na co od razu wyjaśniłam z czym przychodzę. Przetłumaczył to paniom krzątających się po otwartej kuchni i nagle … zaczął się raban! Zrobiło się głośno jak na bazarze!

Panie zaczęły przekrzykiwać się mówiąc (tak mi się wydaje) że co ja w ogóle robię!

Że tych pieniędzy nie trzeba! Że niepotrzebnie się fatygowałam! Że „chodź zjesz z nami obiad!” To wszystko rzecz jasna z ogromnym uśmiechem na twarzy.


Jedyne angielskie słowo jakie tam słyszałam to „No! No!” gdy wciskam im te $10!
Na co ja zaczęłam moje „No!No!” powoli cofając się ku drzwiom… Miałam już przed oczami wizję tego, jak rzucam banknot gdzie pomiedzy stoliki, wypadam z lokalu jak poparzona i z rękami w górze biegnę przed siebie krzycząc „Nooooooo”! Przecież nikt by mnie nie dogonił, prawda?

Na to, z mojej spanikowanej wizji wyrwala mnie jedna z babć! Złapała mnie mocno za rękę, popatrzyła mi głęboko w oczy i powiedziała coś w stylu:

„Nie gadaj tylko siadaj tu wnusiu, nałożę ci obiad!” 

I już mi serce stopniało, I już może bym się ugięła (bo czy kiedyś odmówiliście babci obiadu ?!), ale musiałam już iść! Powiedziałam, że ja tak tylko na chwilę, że wrócę kiedyś zjeść, że teraz nie mogę, że są cudowne, że dziękuję i wycofałam się na chodnik.

Panie stały jeszcze w drzwiach i kłaniały się w pas, a ja pozbywając się długu nabawiłam się wyrzutów sumienia, że odmówiłam babci obiadu…