Na Marię i Black Birch Textiles trafiłam przypadkiem w sieci. Gdy przeczytałam krótki opis na jej stronie od razu chciałam poznać dziewczynę, która potrafi tkać! Pomyślałam wtedy, że Maria ma w sobie coś, czego mi do tej pory wciąż brakuje – cierpliwość.
Gdy spotkałyśmy się w jej pracowni niemal magicznie przeniosłam się do miejsca gdzie czas płynął wolniej.

Maria założyła Black Birch Textiles w 2016 roku, kilka lat po tym jak po raz pierwszy stanęła za krosnem. Wciąż imponuje mi jej spokój, wiedza i wytrwałość. Rzeczy jakie tworzy to prawdziwe dzieła sztuki.

Jak sama wspominasz na swoim profilu na Instagramie wywodzisz się z rodziny ‘niesamowicie silnych, odważnych i doświadczonych życiowo kobiet.’ Kim są te kobiety?

Pierwszą jest moja mama – przyjechała z dwójką dzieci do zupełnie obcego kraju w czasie, gdy w Polsce właśnie skończył się komunizm. Dlatego tak naprawdę nie przywiozła ze sobą wiele, nie znała języka, a w Polsce zostawiła za sobą ukochany zawód nauczyciela. Ona wciąż uczy mnie jak być cierpliwą i jest tym samym najbardziej bezinteresowną osobą jaką znam.

Druga to moja babcia, która osierocona podczas wojny przetrwała w zniszczonej przez wojnę Warszawie.
To ona nauczyła mnie gotować, wyszywać i robić na drutach. Tak po prostu mnie tego nauczyła!
Tak jakby horror wojny, który przeżyła w dzieciństwie, nigdy jej nie dotknął.

Mam nadzieję być kiedyś taka jak one – zapomnieć to, co było i skupić się na ważnych rzeczach do zrobienia tu i teraz. Ważnych dla mnie dziś – takich jak prawidłowe nitkowanie krosna czy lepienie najlepszych w świecie pierogów.

Miałam też ogromne szczęście spotkać na swojej drodze wielu inspirujących nauczycieli.
Mój nauczyciel sztuki, poza uczeniem mnie sztuki plastycznej i teatralnej, był najbardziej opanowanymwyrozumiałym człowiekiem jakiego kiedykolwiek poznałam.  Swoją postawą sprawił, że później chciałam kultywować te cechy w sobie.

Kolejna nauczycielka, tym razem sztuki performansu w college, nie tylko przetrwała moją początkową twórczość artystyczną (którą inna studentka określiła jako cyt. “Najbardziej bolesną rzecz jaką widziała w życiu”) ale i zainspirowała mnie do szukania prawdy w głębi siebie. Do tamtego czasu robiłam bowiem rzeczy, które myślałam, że powinnam robić tak, by podobały się innym.

Moja pierwsza nauczycielka na kursie nauczycieli jogi miała ten niesamowity talent mówienia ci prosto w oczy czegoś totalnie niestosownego a zarazem tego, co powinieneś usłyszeć by otworzyć się na zmianę.

To tylko kilka przykładów nauczycieli, którzy w jakiś sposób wywarli wpływ na moje życie. Jednak to bez tych dwóch kobiet – mojej mamy i mojej babci – nie byłoby mnie tu dzisiaj. Wiem, że żadnej z nich nie przeszłoby nawet przez myśl by przedstawić się tak, jak widzę je ja, ale to chyba tylko dowodzi, jak bardzo są niesamowite!

Odnoszę wrażenie, że ludzie często znajdują pomysł na siebie już w dzieciństwie, ale potem jakby o tym zapominają. Jak było z Tobą?

Maria Magdalena Ma i Black Birch Textiles, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Maria Magdalena Ma i Black Birch Textiles

Wydaje mi się, że od zawsze miałam jakąś szczególną słabość do tkanin i zawsze odczuwałam ogromną satysfakcję z robienia rzeczy własnymi rękoma.

Jedno z takich wspomnień z dzieciństwa przenosi mnie do warszawskiego mieszkania sąsiadki mojej babci na Pradze Południe. Babcia bardzo przyjaźniła się z sąsiadką więc często do siebie wpadały i pewnego dnia, gdy miałam 5, może 6 lat, w odwiedziny poszłyśmy razem.
Nigdy nie zapomnę tego mieszkania – wypełnione było po brzegi robótkami ręcznymi Pani Danusi.

Misternie wyszywane kwiatowe poduszki, robione na drutach kolorowe koce, które otulały kanapę i krzesła; drobniutko szydełkowane koronki ozdabiające każdy stół, dywany na podłodze, haftowane obrazy na ścianach, a nawet zakładka do książki była jej roboty!

To mieszkanie budziło podziw i do tej pory przywoływanie w pamięci tego miejsca sprawia mi ogromną przyjemność i jest zastrzykiem inspiracji, gdy brakuje mi weny.

Wyobrażam sobie, że gdy weszłam do tego mieszkania jako 6-letnia dziewczynka moja szczęka musiała opaść do tego stopnia, że sąsiadka wyraźnie zauważyła moją fascynację. Od razu zaproponowała mi, że nauczy mnie jednego ze ściegów, którym wyszyła zakładkę do książki.

To jeden z najprostszych wzorów polegający na przekłuciu dziurek w dwóch liniach pod prostym kątem; łączysz koniec jednej linii z początkiem drugiej (pod kątem prostym), przesuwając się po jednej dziurce i wszystkie naprężone nitki na końcu tworzą idealną krzywą.  

Dziergałam ten wzór jak zahipnotyzowana! Potem, w college, użyłam tej techniki jako jednej z pierwszych w swojej instalacji przestrzennej i na co dzień też często jej używam.

Czy w takim razie załączyłaś jakieś hafty do swojego portfolio, gdy zdawałaś do collegu?

Kiedy dostałam się do School of the Museum of Fine Arts w Bostonie moje oficjalne portfolio składało się głównie z wielu rysunków i kilku obrazów. Najpierw brałam udział w lekcjach rysunku, ale bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że obiekty trójwymiarowe i przestrzenie interesowały mnie dużo bardziej.

Sitodruki zamieniłam na drukowanie na tkaninie, której używałam potem do budowania instalacji.
Później nawet w moich performansach używałam płótna i prześcieradeł. Rękodzieło którego nauczyłam się jako mała dziewczynka i które traktowałam jako hobby, cały czas powracało w moich pracach.
W końcu przyznałam przed samą sobą, że nie mogę obejść się bez włóczki i sznurka.

W takim razie jak to się stało, że zaczęłaś tkać.
Jak można się tego nauczyć?

Na długo przed tym jak nauczyłam się obsługiwać krosno, tkactwo było już moją małą obsesją.
Początkowo misternie przeplatałam nitki na kawałku tekturowego pudełka, a gdy 5 lat temu przeprowadziłam się do Seattle, podeszłam do tkania na serio.

Seattle to pierwsze, z wielu miejsc w których mieszkałam, w którym bez problemu znalazłam warsztaty tkackie dla początkujących. Gdy znalazłam je w Internecie byłam tak podekscytowana, że od razu się zapisałam!
Niedługo po tym na Craigslist znalazłam małe używane krosno, które z łatwością mieściło się na stole.
W taki sposób zaczęłam ćwiczyć i eksperymentować. Zaraz po tym zapisałam się do Seattle Weavers Guild (pol. Cech Tkaczy w Seattle) i odkryłam, że jest tu cała masa ludzi z ogromem wiedzy i doświadczenia w tej dziedzinie. Wiele prac i projektów tkackich później moje małe krosno zyskało kompana – ok. 50-letnie dużych rozmiarów krosno tkackie, które zajmuje teraz sporą część mojego warsztatu.

Moja słabość do włókna objęła też różnych rodzajów tradycyjne japońskie techniki tkackie, naturalne sposoby barwienia tkanin i przeróżne sposoby używania wrzeciona. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że będę się tym zajmować, ale w jakiś naturalny sposób zajmuję się tym teraz gdzieś pomiędzy innymi aktywnościami.

A co zainspirowało Cię do stworzenia polskiej kolekcji spódnic i szali?

Jestem po prostu zakochana w ręcznie robionych strojach ludowych z różnych stron świata i to one ogromnie mnie inspirują. Techniki i materiały używane do wykonania tradycyjnych strojów ludowych nie różnią się aż tak bardzo. Można powiedzieć, że mimo iż ludzie w różnych, czasem bardzo odległych regionach świata, mają określony gust, niektóre techniki i style tkackie pokrywają się “nitka w nitkę.”

Bardzo podobają mi się praktyczne i proste rozwiązania, które odpowiadają estetyzmowi danego regionu.
Fascynuje mnie też pomysłowość w wykorzystywaniu najmniejszego skrawka tkaniny tak, by nic się nie zmarnowało.

Stworzyłam polską kolekcję bo chciałam pracować ze sztuką ludową, którą najbardziej lubię i która jest mi najbliższa. Myślę, że polskie wzory  ludowe z łatwością znajdują miejsce w niejednej współczesnej szafie.

Wełniane i kolorowe spódnice, o których mowa, są zainspirowane łowickimi strojami ludowymi.
Wielu ludzi wzbrania się dziś przed wełną, bo jest to dość szorstki materiał, ale nie przeszkadza to o tyle, o ile nosisz bieliznę :). Poza tym ubrania wykonane z wełny są doskonałe w bardziej wilgotnych i zimniejszych regionach takich jak nasze Północno-Zachodnie Wybrzeże USA. Wełna to naturalna tkanina (często dostarczana przez lokalnych producentów), która doskonale izoluje. Dzięki właściwościom przeciwbakteryjnym nie trzeba jej nawet często prać! Poza tym, spódnice z tej kolekcji są tak wszechstronne, że mogą też służyć za przenośny koc ;)!

Wielu ludzi uważa chyba, że tkactwo to bardzo kobiece zajęcie. Czy mężczyźni też tkają?

Często słyszę jak inni tkacze mówią o tym, że tkanie jest ‘naturalne’ dla ludzi – w szczególności dla kobiet, które po raz pierwszy zaczynają obcować z dziewiarstwem. I mimo że w moim przypadku rzeczywiście było to prawdą, zawsze uderza mnie takie stwierdzenie.

Tkactwo, tak jak gotowanie, należy do najstarszych rzemiosł świata. Mimo że produkcja tkanin jest dziś dużo sprawniejsza i szybsza, cały proces niewiele się zmienił. Przez wieki uważano, że tkactwo jest typowo “kobiecym zajęciem.” Kobiety nie tylko uczyły się praktycznej obsługi wrzeciona i kołowrotka, ale często też całe życie używały tych zdolności robiąc rzeczy dla ich gospodarstwa domowego. Nikt ich nie doceniał ani za to nie płacił.

Natomiast, jeśli to mężczyzna zajął się tkactwem, za tę samą pracę zyskiwał uznanie, dobre pieniądze i często zakładał biznes. Kobiety tworzyły arcymistrzowskie rzeczy, bo latami udoskonaliły swoje techniki, tkając w sposób praktyczny i kreatywny. Historia, rzecz jasna, nie odnotowuje tego jako pracy. Można by powiedzieć, że tkactwo przez wieki było niedoceniane – to “sztuka użytku codziennego”, która opiera się na wieloletnim udoskonalaniu technik.

Czy myślisz, że w tych czasach tkactwo to ginący zawód?

Coś, co jeszcze w latach 50-tych XX wieku było normą; coś, co na jakiś czas zniknęło zastąpione masową produkcją, od niedawna wraca do nas jako tzw. “Slow Fashion” lub “Slow Clothes.” Ten ruch koncentruje się na podejmowaniu bardziej świadomych wyborów konsumenckich jeśli chodzi o etyczne i nienaruszające równowagi ekologicznej produkowanie ubrań. Jest też mała lecz rosnąca w siłę idea stojąca w opozycji do naszych przeładowanych szaf, zapchanych po brzegi tworzywami sztucznymi produkowanymi na masową skalę w fabrykach wykorzystujących niewolniczą pracę w nieludzkich warunkach.

Moim zdaniem minimalizm w szafie jest lepszy tak dla planety, naszych dzieci, jak i dla naszego ciała i ducha. Minimalizm w szafie to piękne, precyzyjnie wykonane ubrania z naturalnych tkanin dobrej jakości. Odzież wykonana z naturalnych tworzyw, takich jak wełna czy len, prawie zawsze może być wykorzystana ponownie. To oznacza, że ubrania nie muszą wcale lądować na piętrzącym się wysypisku śmieci.

Mam nadzieję, że tak jak w przypadku jedzenia, coraz więcej ludzi zacznie zadawać pytania o to: jak, gdzie i z czego wykonane są ich ubrania. Często nie zastanawiamy się nad tym czy aby do uszycia naszej bluzki nie zostały wykorzystywane dzieci?
Albo w jakich warunkach pracują ludzie, którzy uszyli te spodnie? 

Uważam, że są to bardzo ważne pytania. Pierwszy raz w historii tak daleko odeszliśmy od naturalnego cyklu łączącego w sobie to, czego rzeczywiście potrzebujemy by żyć i to co zużywamy. Na masową skalę eksploatujemy ludzi i ziemię na skróty szukając wygody i niższych cen. Bo dziś przecież nie musisz uprawiać lnu czy hodować owiec, by mieć w co się ubrać.

Rozmawiając tak z Tobą zastanawiam się czy wystarczy kochać to, co się robi, by tak jak Ty realizować kolejne projekty? Jak ma się do tego samodyscyplina?

W moim przypadku w procesie tworzenia i realizacji projektów nie ma aż tyle samodyscypliny co w innych małych biznesach. Samodyscyplina to po prostu budowanie dobrych nawyków, które trzeba sobie wyrobić.
Czasami trzeba tylko pamiętać o tym by się gdzieś pojawić. W moim przypadku jest tak z pracą przed komputerem, którą nie za bardzo lubię.

Samo tworzenie jest dla mnie niemal medytacją – to powolny, powtarzający się proces. Interesujące jest też eksperymentowanie, gdy próbuję czegoś nowego, a efekt pracy moich rąk jest inny niż się spodziewam. Kombinacja tych wszystkich elementów sprawia chyba, że wciąż chcę wracać do tego co robię. Fascynujące jest też to, że każdy dzień jest inny. Zazwyczaj równolegle pracuję nad trzema różnymi projektami.
Marzę o dniu, może za 30 lat, w którym wszystko w moim domu – od materiałów po meble – będzie własnoręcznie zrobione przeze mnie.

Maria Magdalena Ma i Black Birch Textiles, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Maria Magdalena Ma i Black Birch Textiles

  • Irena Watrak

    Jak zawsze wspanialy artykul Aniu, nie wiedzialam ze mamy taka utalentowana dziewczyne w Seattle. POWODZENIA Maria Magdalena, zycze duzo sukcesow

    • Anna Sycz

      Dziękujemy za miłe słowa Irena 🙂 Ogromnie nam miło 🙂