Z Sylwią spotkałyśmy się na poranną kawę w centrum Seattle.

W kawiarni kolejka ludzi w garniturach i garsonkach czekała na świeżą kawę. Nasze spotkanie dokładnie zgrałyśmy w kalendarzach, godzina, miejsce, długość spotkania – wszystko było wiadome już dużo wcześniej.

Sylwia jest szalenie ogarnięta i jak sama o sobie mówi “planowanie ma w genach.”

Sylwia Gulik przyjechała do Seattle kilkanaście lat temu. Tak jak wiele z nas, mimo wcześniejszego doświadczenia zawodowego, karierę w Stanach zaczynała na stanowisku interna. Chciałam dowiedzieć się jak zmieniło się jej życie od przyjazdu i jak rozwijała się jej korporacyjna kariera. Czy możemy pogodzić posiadanie dzieci i prowadzenie domu z aktywnością zawodową?

Czy Sylwia Gulik myślała kiedyś, że będzie mieszkać w USA?

Sylwia Gulik, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Sylwia Gulik”

Jeśli ktoś 15 lat temu powiedziałby mi, że będę mieszkać w Seattle i pracować w jednej z największych firm IT na świecie odpowiedziałabym, że zwariowali.

Właśnie obroniłam magisterkę i miałam w planach pracę jako doradca do spraw dofinansowań z Unii Europejskiej.

W końcu myślałam też o zostaniu eurokratą w Brukseli. I właśnie wtedy “przez” a może “dzięki” wielu zbiegom okoliczności poznałam Bartka. Bartek przyjechał wtedy do Polski między innymi by odkryć swoje polskie korzenie…

Powiem tylko, że potem było wielkie, polskie wesele, a po roku przygarnęliśmy Lilu – włochatego owczarka staroangielskiego. Wtedy też mój mąż zaczął czuć się nieswojo w, dla mnie normalnej, polskiej codzienności z uciążliwą biurokracją, przestarzałą hierarchią w pracy i malkontenckim, nigdy nie uśmiechającym się “Kowalskim”. W końcu, w kwietniu 2006 mój mąż relokował się z powrotem do Seattle. Dołączyłam do niego po dwóch miesiącach z walizką, psem i mieszanymi uczuciami.

W jaki sposób i kiedy po przyjeździe tutaj zaczęłaś szukać pracy?

Nasza przeprowadzka nie była typową “polską relokacją” pod okiem Microsoftu. Dlatego tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia ile Polek jest w podobnej sytuacji do mojej. W pierwszym roku mieszkania tutaj nie poznałam ani jednego Polaka, ale myślę, że to pozwoliło mi być bardziej otwartą na różnych ludzi i nawiązać przyjaźnie z Amerykanami.

Muszę też przyznać, że miałam niezłe szczęście bo dzięki mojej wizie imigracyjnej zielona karta i pozwolenie na pracę przyszły do mnie po miesiącu. Już po miesiącu zaczęłam na serio szukać pracy.  Wydaje mi się, że moje CV musiało zdziwić niejednego rekrutera bo było wtedy dziwnym miksem pracy i stażów tak w sektorze prywatnym jak i rządowym. Wiele razy moje aplikacje kończyły się propozycją pracy w sprzedaży ubezpieczeń… ale nie poddawałam się!

Wciąż wysłałam swoje CV, chodziłam na spotkania networkingowe i kawę z każdym, kto tylko chciał ze mną rozmawiać – a uwierzcie mi to nie łatwa sprawa dla introwertyka.

Dzięki Bartka znajomym mogłam umówić się na dwa nieformalne spotkania; jedno z Dyrektorką HR w Microsoft, drugie z Partnerem Biznesowym w firmie konsultingowej. Jedna rzecz doprowadziła do drugiej i okazało się, że obydwie panie się znają (kolejny uśmiech losu!), wymieniły notatki na mój temat i we wrześniu 2006 zaczynałam pracę na najniższym szczeblu korporacyjnej drabiny w Mercer. Pracowałam jako intern i siedząc w pokoju wielkości szafy wprowadzałam dane do systemu. Miałam co robić, byłam potrzebna i byłam tam by udowodnić, że podjęli dobrą decyzję zatrudniając mnie.

Jak wyglądała Twoja kariera gdy zostałaś mamą?

W 2008 r. Zanim urodził się nasz syn byłam już Consulting Associate, moje życie zawodowe (i nie tylko) toczyło się wokół deadline’ów, podróży i nieprzewidywalnego grafika. Fantazjowałam wtedy o rocznym urlopie macierzyńskim mając przed oczami idylliczny obraz rodziny ze mną “urodzoną matką i gospodynią’ w roli głównej. Na szczęście Pinterest jeszcze wtedy nie istniał!

Ponieważ moja praca opierała się na realizacji projektów, 3 miesiące przed datą rozwiązania wykorzystałam na jak najlepsze wykorzystanie mojego pracowniczego kalendarza. Zdołałam zamknąć projekty jeszcze przed ich zaplanowanym deadlinem lub przekazałam je innym konsultantom w Seattle i San Francisco. Mój pracodawca zapewnił mi standardowe 12 tygodni urlopu, a szef zgodził się na dodatkowe 2 miesiące niepłatnego urlopu i kolejne 2 w których pracowałam na pół etatu.

Po 7 miesiącach w domu, w czasie których przeczytałam wszystkie skandynawskie kryminały, i pooglądałam wszystkie możliwe odcinki Top Chef (wszytko to karmiąc piersią mojego malucha) byłam już gotowa wrócić do pracy.

Czym jest dla Ciebie “praca zespołowa” i jak wygląda ona w Twoim domu?

To zabrzmi jak typowe cliché, ale mój mąż jest moim przyjacielem, “partner in crime,” terapeutą i największym fanem. Jest największym feministą w naszym domu, który zawsze podkreśla znaczenie silnego kobiecego wzorca dla naszych dwóch chłopców.

Zaszczepił we mnie pewność siebie i pomógł mi uświadomić sobie wartość jaką potrafię wnieść do zespołu (mimo że moja polska mentalność czasami zwycięża) i silne przeświadczenie o tym, że kariery nas obojga są równie ważne.

Dawno temu zdałam sobie sprawę, że tzw. work-life balance nie istnieje. Na szczęście mamy jednak priorytetyzowanie, które pomaga nam poświęcać swój czas i wysiłek we właściwy sposób. To właśnie dzięki temu jesteśmy do tej pory w stanie dbać o nasz szalony rodzinny kalendarz bez większych turbulencji.

Jedna rzecz, która zdecydowanie nam pomaga to fakt, że ja jestem rannym ptaszkiem, a Bartek nocną sową. To pozwala nam podzielić nasze obowiązki w opiece nad dziećmi tj. przygotowywanie ich do szkoły rano, obieranie wieczorem i pichcenie kolacji.

Mam to do siebie, że wręcz obsesyjnie planuję (takie geny) i nasz rodzinny kalendarz mam zawsze w głowie (i w Outlooku i w Family app na telefonie). Staramy się planować z wyprzedzeniem i dostosowywać naszą pracę tak by znaleźć czas na wizytę u lekarza i szkolne wydarzenia. Całe to planowanie, organizowanie, sporządzanie harmonogramów i dotrzymywanie terminów ugina się tylko pod jedną zasadą – nic nie może konkurować z rozgrywkami Sounders.

Jest jakiś sekret na ogarnianie tak wielu spraw?

Kluczem do wszystkiego jest to, że zawsze możemy na sobie polegać. Z biegiem czasu moja kariera bardziej się rozwinęła i wyrobiłam 70,000 mil w samolocie.  Zawsze mogłam jednak polegać na tym, że Bartek dostosuje swój dzień pracy do kalendarza naszej rodziny i wszystkie najważniejsze zadania zostaną wykonane.
Perfekcjonizm nie jest tu wymagany.

Już na początku mojej ścieżki zawodowej przekonałam się, że odpowiadam za to jak gospodaruję czasem.

Rzecz jana istnieją oficjalne deadliny projektów, oczekiwania, spotkania z klientami, ale tak naprawdę to, jak zarządzasz swoim czasem i tym, co pozwala ci się rozwijać jesteś ty sama.

Jeśli wywiążesz się z tego, dostaniesz nie tylko więcej odpowiedzialności, ale też więcej elastyczności w tym kiedy i gdzie pracujesz (wiem, że to nie możliwe w każdej pracy, ale w moim przypadku się sprawdziło.

A czy Ty miałaś swój kobiecy wzór do naśladowania?

Nigdy bym nie pomyślała, że tak będzie wyglądać moje życie. Zawsze natomiast otaczały mnie silne kobiece wzorce: moja babcia, mama, teściowa, moja siostra i moje koleżanki. Każda z nich to innym archetyp silnej kobiety i każda z nich jest dowodem na to, że ciężka praca w połączeniu z uporem i wytrwałością powoduje, że “szklany sufit” pęka.

Masz jakieś motto, które towarzyszy Ci na co dzień?

Głęboko wierzę w to, że szczęśliwe mamy wychowuja szczęśliwe dzieci, i że tylko od nas samych zależy jak to nasze szczęście znajdziemy…

Sylwia Gulik, Projekt SIS, Polki w Seattle

fot. Marta BrasProjekt SIS: Sylwia Gulik”

  • Szczerze inspirująca historia! Jak dla mnie świetny przykład tego, że Sheryl Sandberg może być w każdej z nas 🙂 Dzięki za ciekawą rozmowę i serdeczności z Vancouver

    • Anna Sycz

      To my dziękujemy Kasiu! Mam nadzieję, że dziewczynom przyda się taka prawdziwa historia 🙂 Mi po przyjeździe wlaśnie takich historii brakowało 🙂 Ściskam słonecznie z Seattlowa!