Dagna Barrera i Silesia Guitars

Dagna i Silesia Guitars, Projekt SIS, Polki w Seattle
fot. Marta Bras "Projekt SIS: Dagna i Silesia Guitars"

Seattle to miasto muzyki, znalazłam więc tutaj Polkę, która z muzyką jest bardzo mocno związana.
Gdy spotkałyśmy się pierwszy raz jej elektryzująca energia wydawała się pulsować w powietrzu.

Dagna Barrera dosłownie i w przenośni zajmuje się porządkowaniem chaosu: jest mamą, prowadzi własny biznes, gra w zespole metalowym i pracuje w laboratorium.

Realizując jedną ze swoich życiowych pasji, Dagna prowadzi w Shoreline sklep zajmujący się naprawą gitar. Dziś opowie Wam więcej o sobie i o tym, czym się zajmuje.

Dagna, Silesia Guitars – odnoszę wrażenie, że nazwy i imiona są w Twoim życiu bardzo ważne.

Dagna i Silesia Guitars, Projekt SIS, Polki w Seattle
fot. Marta Bras „Projekt SIS: Dagna i Silesia Guitars”

Rzeczywiście, przywiązuję do imion i nazw chyba znacznie więcej uwagi niż przeciętna osoba. Myślę, że to pomaga mi bardziej związać się z tym, co nazywam.
Kiedy nadajesz czemuś lub komuś daną nazwę lub imię dajesz im coś więcej niż tylko praktyczny sposób odróżniania ich od innych.

Jestem muzykiem, gram na gitarze basowej w zespole The People Now  i mój przydomek sceniczny to ‘Dagna Silesia’.

Pochodzę z Wrocławia, a Wrocław leży na Dolnym Śląsku (ang. Lower Silesia).
Po angielsku Dagna Silesia to silne nawiązanie do moich korzeni, jak i ładny rolujący język dźwięk.

Oczywiście mój warsztat gitarowy w naturalny sposób zaadoptował tę nazwę. Muszę też przyznać, że moi klienci różnie na nią reagują. Jedni śmiesznie to wymawiają, a ci, którzy rzeczywiście wiedzą gdzie leży Śląsk od razu przechodzą ze mną do rozmowy o Polsce. Tak czy siak, rozmowa o nazwie “Silesia Guitars” to zawsze dobry początek  konwersacji.

Sama zostałam uhonorowana nietypowym jak na polskie standardy imieniem.
I chociaż myślę, że nie jest to może najpiękniejsze imię na świecie, zawsze podobało mi się to, że jest oryginalne. Tu warto podkreślić, że moje imię nie pochodzi od Dagmary, jak myśli większość Polaków. Dagna to imię wywodzące się od norweskiego imienia “Dagny”.
Akurat w czasach, w których się urodziłam panowała w Polsce specyficzna biurokracja i imiona dziewczynek miały kończyć się na literę “a”, więc zmieniono moje imię na Dagna, co wcale mi nie przeszkadza.

Żeby nie było nudno, moją córkę też postanowiłam nazwać “inaczej”. Jej tata zaproponował Tiamat, bo jest to  postać z Dungeons and Dragons, to też imię bogini chaosu w mitologii babilońskiej, a zarazem nazwa kultowego metalowego zespołu ze Szwecji.
Podoba mi się ta kombinacja… Jak na razie Tiamat, moja córka, to mały aniołek i daleko jej jeszcze do tej “chaotycznej reputacji”.

I z tym nordyckim imieniem zamieszkałaś później w Skandynawii.

Gdy miałam 12 lat wyemigrowalam z mamą do Szwecji. Szwecja to piękny kraj, który stał się  moim drugim domem. To właśnie tam zaczęłam grać na gitarze i ogólnie interesować się światem muzyki. Tam też ukończyłam liceum muzyczne.
To była okazja nie do przepuszczenia i super paradoks – uczyć się z innymi dzieciakami grać na scenach w ramach wykształcenia.

Po liceum nic oprócz muzyki mnie nie kręciło i nie wiedziałam za co się złapać. Mieszkaliśmy w Sztokholmie, a ja pracowałam w sklepach muzycznych przy drobnej naprawie gitar. Pewnego dnia przekopując sieć znalazłam szkołę, która naprawdę uczyła naprawy gitar. Bardzo mnie to zafascynowało, bo nigdy o czymś takim nie słyszałam!

Zawsze miałam pociąg do pracy manualnej i tworzenia artystycznego, a teraz mogłam to przecież połączyć z gitarą! Pomyślałam wtedy, że zdobycie zawodu, który łączy w sobie moją pasję i manualne umiejętności będzie dla mnie idealne!

Szkoła, o której mowa to Roberto-Venn School of Luthiery, która mieści się w Phoenix w Arizonie. Jako 20- latka spakowałam walizki i przyjechałam ze Szwecji do tego piekielnie suchego i gorącego miasta w Stanach. Tam, nauczyłam się budować i naprawiać gitary akustyczne i elektryczne.

Jak wspominasz swój czas w Phoenix? Był ‘szok kulturowy’?

Jak najbardziej! Po pierwsze myślałam, że znam angielski lepiej niż okazało się na miejscu.
Po drugie nigdy nie doświadczyłam takich upałów i to było dla mnie przerażające. W Szwecji wszystko jest zimne, uporządkowane i czyste. Phoenix to miasto upalne, pustynne, wszędzie piach i kurz. Jest też bardzo nieergonomicznie zaplanowane – odległości są ogromne i nawet przejście przez ulice to tak jak wyprawa za morze…

Bardzo brakowało mi tam drzew. Ale w szkole spędzałam dużo czasu z ludźmi z różnych zakątków świata, więc było wesoło. Byli studenci z całych Stanów, z Japonii, z Panamy. Warto też podkreślić, że byłam tam jedynym studentem płci żeńskiej.

Po kursie w Phoenix wróciłaś jeszcze do Szwecji.
Co przywiało Cię z powrotem i jak wylądowałaś w Seattle?

Jak to w życiu bywa to miłość sprawiła, że zdecydowałam się przenieść na stałe do Stanów.
Do Seattle przyjechałam w celach muzycznych.  

W latach 90’s Seattle zasłynęło z eksplozji muzyki grunge, bo to tutaj zaczynały zespoły takie jak Nirvana, Alice In Chains i Pearl Jam. Mimo że grunge w większości wymarł zanim tu przyjechałam, scena muzyczna była i jest wciąż żywa.

Większość muzyków chcących zaistnieć jedzie prosto do LA albo NYC.
Ja chciałam być w trochę mniejszym mieście gdzie są cztery pory roku, czyste powietrze, czysta woda… i dobra muza.

Poza tym Seattle bardzo mi przypomina Sztokholm, tylko że w lepszej wersji pogodowej.
Tak, tak, pogoda tutaj mi się podoba! Miałam gorzej, więc nie narzekam na pogodę w Seattle. Bez deszczu nie byłoby tej pięknej natury, która otacza nasze miasto.

Opowiedz po jakim czasie znalazłaś pracę przy naprawie gitar w Seattle, i jak to się stało, że masz teraz swój własny sklep.

Przed przyjazdem do Seattle pracowałam u lutnika w Santa Rosa, w Kaliforni, Michaela Dolana, który budował ciekawe gitary na zamówienie. Po przyjeździe tutaj szukałam pracy w warsztatach gitarowych. Jest to jednak bardzo mała nisza i znalezienie odpowiedniego miejsca zajęło mi dwa lata.

W końcu trafiłam na warsztat Parsons Guitar Shop, który prosperował tak dobrze, że z biegiem lat właściciel otworzył jeszcze 4 inne lokalizacje i jedna z nich, w Kirkland została przypisana mi. Ponieważ wszystko robiłam tam samodzielnie nauczyłam się wiele o prowadzeniu swojego biznesu.

Po pewnym czasie wzięłam kilkuletnią przerwę od gitar, bo wtedy urodziła mi się córeczka.
Wtedy, zaczęłam rozwijać moją pasję do roślin i ogrodnictwa, chcąc zostać projektantem ogrodów.
Podjęłam już nawet konkretne kroki by iść w tym kierunku, gdy nagle dotarła do mnie wiadomość, że mój były szef przeprowadza się do Kalifornii i zamyka wszystkie swoje warsztaty, zostawiając tym samym “dziurę w lokalnym rynku gitarowym”.

Nie mogłam przepuścić takiej okazji! Postanowiłam spróbować własnych sił i wtedy właśnie otworzyłam własny warsztat, Silesia Guitars. To był dla mnie taki moment “teraz albo nigdy”.

Miałam już wtedy sporo stałych klientów, którzy przez lata budowali do mnie zaufanie  (a to bardzo ważne w tym biznesie) więc niezupełnie startowałam od zera.

Co daje Ci prowadzenie własnego biznesu?

Przede wszystkim wolność jako muzyk. Nie jestem niewolnicą jakiejś firmy, która decyduje ile czasu mam pracować i na jak długie wakacje mogę wyjechać. A że zdarza mi się wyjeżdżać w trasy koncertowe… taka swoboda jest dla mnie bardzo ważna.  

Ogromnym plusem jest też to, że nie mam nad sobą szefa, który w myśl powiedzenia “czas to pieniądz” dyktowałby mi jak szybko mam pracować.

Jestem bardzo drobiazgowa i zawsze staram się wykonać moją pracę jak najlepiej.
Tak – czasami zajmuje to trochę więcej czasu, ale chcę by wszystko było doskonałe.
Wielu moich klientów to docenia i z tego jestem chyba najbardziej dumna.
Wydaje mi się, że ludzie bardzo skupiają się teraz na deadlinach. Nie znajdziesz tego podejścia w większości miejsc pracy. Dlatego też lubię pracować sama.

Czy wielu ludzi pyta Cię dlaczego akurat muzyka metalowa?

Nie, nie wielu, ale to pytanie zazwyczaj zadają mi Polacy. Nie wiem dlaczego, ale jest to zaskakujące: Polka w Stanach słucha metalu?! To fakt – jest nas mało, ale nigdy szczególnie nie zastanawiałam się dlaczego akurat metal. Jeśli jakaś muzyka do mnie przemawia to jej słucham.

Ciekawi mnie dużo bardziej analiza kompozycji, intensywność i użycie specyficznych nut. To, że metal jest ciężki, wyzwala często emocje, z którymi inni ludzie nie chcą stanąć oko w oko, lub może ich to nie interesuje. Choć szczerze mówiąc, muzyka klasyczna jest bardzo zbliżona do metalu, pod wieloma względami. A przecież zazwyczaj nie spotykamy się ze zdziwieniem gdy ktoś mówi, że lubi muzykę klasyczną.

Czy myślisz, że Tiamat pójdzie w Twoje muzyczne ślady?

Jest nadzieja… nie chcę jej do niczego zmuszać, ale zdecydowanie ją zachęcam.
Nasz duży pokój jest zapełniony instrumentami: mamy gitary, pianino, bongosy, wiolonczele i często sobie razem brzdąkamy.

Widzę, że sprawia jej to frajdę – mi z resztą też. Jako pięciolatka nie ma jeszcze wystarczających pokładów uwagi żeby się do nauki instrumentu przyłożyć.

Będę po prostu czekać aż wykaże czymś większe zainteresowanie – wtedy zadziałam.

Wiem, że poza sklepem robisz coś jeszcze…

Poza prowadzeniem sklepu pracuję też zawodowo jako kontraktor w dziale elektroniki w laboratorium Intellectual Ventures w Bellevue. Współpracuję tam z niesamowitymi naukowcami, którzy zajmują się wynalazkami najróżniejszego typu.
Pomagam tworzyć prototypy nowych pomysłów głównie w płytkach montażowych, kablach i innych częściach elektronicznych.

W laboratorium wylądowałam dzięki mojemu znajomemu, który pewnego dnia po prostu zapytał mnie czy nie byłabym zainteresowana pracą przy hodowli komarów. I tu musisz wiedzieć, że mam niezłe uczulenie na ukąszenia komarów, ale przecież nie mogłam odmówić tak intrygującej propozycji! Z czasem cały proces “rozwoju komarów” i obserwowanie ich cyklu życia mnie zafascynował. Zaczęłam nawet przywiązywać się do moich podopiecznych larw nazywając ich “Squiggles” (pol. zawijasy).
A wchodząc do laboratorium potrafiłam mówić: “Squiggles, pora na obiad!”

Potem pracowałam przy coraz to innych projektach aż w końcu wylądowałam w dziale elektroniki.
Ta praca jest naprawdę interesująca! Jednego dnia mogę pracować nad nowym modelem anteny, drugiego nad projektem laserowego ogrodzenia przeciwkomarowego, a jeszcze kiedy indziej nad używanym w Afryce samochłodzącym coolerem do przenoszenia szczepionek.

Cieszę się, że mogę brać udział w czymś co ma wpływ na naszą codzienność.

Prowadzisz Silesia Guitars, jesteś mamą, grasz w zespole – skąd bierzesz na to wszystko energię?

Czasami sama się nad tym zastanawiam, haha! Myślę, że jestem typem osoby, która potrafi mocno skoncentrować się na osiągnięciu zamierzonego celu, a poczucie zrobienia czegoś dobrze jest moim motorem napędowym.
Zawsze szukam najskuteczniejszego sposobu na wykonanie zadań i uważam, że zdolności organizacyjne to podstawa. Nigdy się nie nudzę i nie tracę czasu na oglądanie telewizji. To jednak odbija się czasami w sytuacjach społecznych; gdy w grupie znajomych ktoś nawiązuje do jakiegoś serialu i wszyscy rechoczą ze śmiechu, zazwyczaj nie wiem o co chodzi…

Mam też ogromne szczęście ponieważ  tata mojej córki jest równie zaangażowanym rodzicem i gdyby nie on, nie byłabym w stanie robić nawet połowy z tych wszystkich rzeczy.

Ostatnio nauczyłam się jak ważne jest poświęcanie czasu sobie i spędzanie go z samą sobą.
W przeszłości za dużo na siebie brałam. Coraz częściej zadaję sobie kluczowe pytanie tj.

“Dlaczego chcę coś osiągnąć? Czy tego naprawdę potrzebuję?”

Zaczęłam też medytować i zapisałam się na lekcje tańca – to pomaga mi zejść na ziemię i utrzymać dobry kontakt ze swoim wnętrzem.

Dagna i Silesia Guitars, Projekt SIS, Polki w Seattle
fot. Marta Bras „Projekt SIS: Dagna i Silesia Guitars”