Tak jak zaplanowałyśmy koniec roku wyznacza zamknięcie serii artykułów w Projekcie SiS. A to, jak postrzegamy Sukces, Spełnienie i Satysfakcję w życiu pozostaje wciąż kwestią indywidualną.

Cieszę się, że wraz z cudownymi, mieszkającymi w Seattle kobietami mogłam storzyć to małe archiwum i mam nadzieję, że nie jednej mieszkającej za granicą kobiecie przyniesie ono promyk słońca. 

Dzieląc się z Wami swoimi historiami i mówiąc o drodze do swojego “tu i teraz” każda z dziewczyn w tej serii artykułów musiała zadać sobie wiele pytań. W pewnym momencie moje bohaterki wpadły na pomysł by i mi zadać pytania, które nurtowały je same. Dziś odpowiedzi na te pytania możecie przeczytać poniżej. Z tego artykułu z pewnością dowiecie się tego, czego o mnie jeszcze nie wiecie.

Mieszkałaś w wielu miejscach zarówno w Polsce jak i za granicą. Ludzie  często nie decydują się na zmianę miejsca zamieszkania ze względu na obawę przed utratą ustanowionych znajomości i przyjaźni oraz konieczność nawiązywania nowych. Jak sobie z tym radzisz?

Rzeczywiście, z każdą przeprowadzką wiąże się to, że zostawiasz coś i kogoś za sobą.
Ale w moim przypadku poznawanie nowych ludzi to nie konieczność, a przyjemny proces w trakcie którego wiele się uczę.

Poznawanie ludzi jest trochę jak podróż w nieznane – nigdy nie wiesz co się wydarzy. Za każdym razem spotykasz przecież kogoś niepowtarzalnego! Możemy wiele dowiedzieć się o innych i o sobie jeśli zaczniemy słuchać i własną potrzebę wygadania się zepchniemy na drugi plan.


Cieszę się, że miałam odwagę mieszkać w różnych miejscach. Gdyby nie to i otwartość na nowe znajomości nie spędziłabym bayramu z turecką rodziną w Istambule i nie piłabym mimosy na dachu brooklińskiej kamienicy dopingując NYC Marathon!

Od wielu lat jestem Couchsurferem i nowe miejsca poznawałam zawsze niskobudżetowo, od podszewki i z lokalsami.
Pamiętam jak pewnego dnia znalazłam przejazd Blablacar’em do Hamburga i bez żadnego planu pojechałam tam by, jak się potem okazało, na parkietach zedrzeć moje pierwsze tangowe buty.

Pamiętam też jak na Cyprze w piekielnym upale, gdzieś na zupełnym pustkowiu, czekając na couchsurfera, który się spóźniał przygarnęła mnie do domu starsza pani- babulinka. Zupełnie nie mówię po Grecku, pani nie mówiła po angielsku, ale wzorowo się dogadaliśmy. Ba! W jakiś sposób przy domowym obiedzie, lokalnym serze, kawie i soku ze słomką zrozumiałam całą historię jej życia! Potem poszłyśmy karmić kurczaki, a na koniec dostałam od niej jeszcze prezent w postaci… pary nowiutkich majtek XXXL(!), które najprawdopodobniej kupiła na bazarze dla siebie.
Z niektórymi ludźmi wciąż utrzymuję kontakt, z innymi nie.
Znajomości, które mają przetrwać, przetrwają tak próbę czasu jak i odległość.

Jeśli chodzi o tracenie i zdobywanie nowych znajomości to w dużej mierze mamy tendencję do wybierania ludzi, którzy nam po prostu odpowiadają.

Czasami ktoś w Seattle mówi mi, że znam tu już zaskakująco wiele osób jak na kilkanaście miesięcy mieszkania w tym mieście i niejedna mieszkająca tu dłużej osoba nie nawiązała tylu kontaktów.

Moim zdaniem wszystko zależy od naszego podejścia, chęci i oczywiście możliwości.
Nikt nie wyciągnie mnie przecież z mieszkania jeśli nie będę chciała z niego wyjść.
Z drugiej strony nie jest też tak, że muszę być wszędzie i brać udział we wszystkim – mam swoje obowiązki, cenię sobie swobodę wyboru, czas i różnorodność opcji jego spędzania.

Tak jak wspomniała w wywiadzie Marta – ponad ilość znajomości cenię sobie też ich jakość i tu chyba dotykamy dyskusji o liczbie Dunbara. Tak naprawdę odkąd pamiętam nigdy nie potrzebowałam otaczać się wieloma osobami czy należeć do jakiejś paczki.

Nie przywiązuję też dużej uwagi do częstego odświeżania mojego statusu na Facebooku i wysyłania zdjęć z każdego miejsca, w którym akurat się znajduję  – tak geograficznie jak i życiowo. Niektórym może się to wydać dziwne, bo przecież piszę bloga i od dłuższego czasu pracuję w Social Mediach.  Po prostu – cenię sobie prywatność i myślę, że ludzie pracujący w jakiejś działce znacznie lepiej rozumieją procesy w niej zachodzące.

Wierzę też w “energię” jaką emitujemy i w to, że emocjami możemy zarażać się od innych jak grypą. Są fajne emocje, mamy wspólne tematy i zainteresowania, chcemy spędzać ze sobą czas – super! Róbmy swoje, bądźmy tacy jacy chcemy być i dajmy innym prawo do tego samego.

Fajnie gdy dostaję wiadomości od lokalsów, którzy chcą się spotkać lub ludzi odwiedzających Seattle, którym mogę w jakiś sposób pomóc. Zawsze na taki kontakt reaguję serdecznością i próbuję realnie zgrać się w czasie, ale we wszytkim przyświeca mi motto: “no pressure.”

Dla przykładu: Projekt SIS powstał głównie dzięki temu, że nie do końca znając moje bohaterki napisałam do Was krótkiego maila mówiąc, że czasami możemy sobie nie zdawać sprawy, że nasza historia może być motywacją dla innych. I oto właśnie kończy się rok i zamykamy projekt jaki wspólnie zrobiłyśmy.  

Jesteś w USA od roku, więc nadal masz świeże spojrzenie na ten kraj. Jak to, co myślałaś o Stanach Zjednoczonych ma się do tego, czego doświadczasz na co dzień mieszkając tutaj?

Bardzo lubię to pytanie bo to Polacy często mi je zadają, a moja odpowiedź mimo upływu czasu się nie zmienia. Nigdy nie byłam zafascynowana USA, nigdy nie marzyłam by zobaczyć NYC czy jechać na road trip dookoła Stanów.

Studiując anglistykę wielu moich kolegów marzyło o ‘nierealnej’ podróży do USA.
Nie wiem czy to Hollywoodzkie filmy czy kierunek studiów nakręcał te marzenia.
Dla mnie zobaczenie Stanów nigdy nie było priorytetem.

Nierealność wycieczki do USA dla wielu ludzi polega na tym, że przelot kosztuje więcej niż jakikolwiek lot Ryanaira po Europie. Do tego dochodzi też wiza turystyczna i same koszty pobytu w Stanach.

Na studiach mieliśmy możliwość wyjechać na wymianę do Iowa, ale żaden z moich marzących o Ameryce kolegów nie zdecydował się na to stypendium.
Ja też go nie wybrałam, bo wolałam jechać wtedy do Turcji i dowiedzieć się czegoś więcej o tamtejszej kulturze i religii.

Później, w najbardziej niespodziewanym momencie studiów, moja promotorka i jedna z najbardziej inspirujących kobiet w moim życiu śp. prof. Anna Lubecka zaprosiła mnie do wystąpienia na międzynarodowej konferencji odbywającej się wtedy na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Potem dostałam zaproszenie by zobaczyć Bloomsburg University of Pennsylvania.
I tak po raz pierwszy poleciałam do USA. Nie realizowałam wtedy marzenia – stało się to dzięki przypadkowi, ludziom którzy we mnie uwierzyli i własnej pracy.

Nie byłabym sobą gdybym w czasie tej wizyty nie skorzystała z couchsurfingu.

W trakcie pierwszego pobytu w Stanach zaskoczyło mnie, że Amerykanie, nie mogli się nadziwić, że odważyłam się na szalony couchsurfing – a to przecież amerykański wynalazek!  

Zaskakujące było też to, że ludzie wyprowadzali psy albo wpadali rano do kawiarnii po kawę w pidżamie. W tej kwestii, choć nie spotykam tego nagminnie w Seattle, nic się nie zmieniło i nadal bym się temu dziwiła.

Kolejny raz odwiedziłam Stany w podróży biznesowej do NYC.
Pamiętam, że wtedy myślałam jeszcze, że większość Amerykanów jest głośna, agresywna i bardzo bezpośrednia. Natomiast gdy przeprowadziliśmy się do Seattle wyraźnej zobaczyłam różnice pomiędzy wschodnim i zachodnim wybrzeżem USA.

A czy dziś są rzeczy które wciąż Cię zaskakują?

Dziś, tak jak podczas mojej pierwszej wizyty w Stanach nie jestem ani zachwycona ani rozczarowana tutejszą codziennością. Życie w każdym kraju trochę się różni; w Turcji pije się ayran, w Warszawie maślankę, a tutaj kombuchę.

Chyba największą różnicą pomiędzy wszystkimi polskimi miastami, w których mieszkałam i Seattle – różnicą, o której nie sposób nie wspomnieć – jest transport publiczny i czas jaki zajmie Ci dotarcie z jednego miejsca w drugie. Z drugiej strony kierowcy autobusów też potrafią zaskoczyć tutaj swoją serdecznością.

Kraków, Wrocław i Warszawa rozpieściły mnie swoimi autobusami i tramwajami.
I wiem, że choć ich mieszkańcy nieraz narzekają na wieczny remont na Basztowej czy korek na Marszałkowskiej, dziś patrzę na te objazdy i korki z lekkim przymrużeniem oka. Staliście kiedyś w korku na I5?!

Przez rok mieszkając w Ballard nie mieliśmy samochodu bo dzięki lokalizacji naszego mieszkania do Seattle Downtown dojeżdżałam szybką linią autobusową D.
Wycieczki poza miasto aranżowaliśmy
wypożyczając ZipCara. W Polsce najprawdopodobniej do wielu miejsc dojechalibyśmy koleją. A tutaj… dworzec kolejowy świeci pustkami i rezonuje w nim doskonałe echo.

Dziś, jesteśmy tzw. “Suburbians” i mamy samochód bez którego nie bylibyśmy w stanie sprawnie funkcjonować. Przez to bardziej zauważam odległości jakie trzeba przebyć do najbliższego sklepu czy apteki.

W jednej z naszych rozmów wspomniałaś, ze po powrocie z krótkich wakacji czułaś, że świat ciągnie Cię w wielu różnych kierunkach — chciałaś robić wiele rzeczy — takie pokłady energii witalnej ma niewiele osób. Gdzie jest źródło tej energii? Czy jest w Twoim życiu ktoś szczególnie inspirujący?

W Projekcie SiS zadawałam podobne pytania bo wydaje mi się, że w tych którzy coś mają, coś osiągnęli lub po prostu “coś tam” robią lubimy widzieć moce nadprzyrodzone.
Czasami, rzeczywiście spotykasz kogoś, kto ma w sobie tą niesamowitą niemal kosmiczną i elektryzującą energię. Lecz takie osoby mogę wyliczyć na palcach jednej ręki.
Ta super wewnętrzna moc jest też często naszym subiektywnym wrażeniem i nie sądzę, że osoby jakim chcielibyśmy tę moc przypisać, tak by o sobie pomyślały.

Większość wspaniałych, inspirujących ludzi, których na co dzień podziwiam nie pojawia się na łamach gazet, nie ma wielomilionowych biznesów i nie pisze książek motywacyjnych – jest taka jak ja, wstaje rano i zaczyna dzień po kofeinie.

Dziewczyny w Projekcie SiS mówiły o swoich mamach, babciach, siostrach i koleżankach – jak najbardziej podzielam inspirację ludźmi dookoła mnie. I choć są też oczywiście osoby publiczne, które mi imponują uważam, że to nasze bezpośrednie otoczenie wpływa na nas najbardziej.

Dodatkowo, w Projekcie wspomniałyśmy o roli naszych partnerów. Oni najczęściej są przy nas na każdym etapie drogi i trzeba pamiętać jak bardzo pomaga ich wsparcie!

Innym źródłem motywacji, z którego czerpię w tzw. międzyczasie są dostępne dla każdego materiały. Gdy gotuję jednym okiem oglądam TedTalks a w samochodzie słucham ostatnio podcastów NPR: Hidden Brain. Codziennie staram się też czytać kilka stron z interesującej mnie akurat książki bo to doskonale zatrzymuje mnie w czasie i przestrzeni. 
Obecnie jest to “Wy wszyscy moi ja” Miłosza Brzezińskiego. Z książkami zresztą bardzo się zżywam i nie wyobrażam sobie bez nich domu.

To, co wymieniłam bardzo dużo mi daje. Jeden z moich nauczycieli tanga powiedział kiedyś, że jeśli chcemy tańczyć lepiej powinniśmy zawsze patrzeć na tych, którzy robią to dużo lepiej od nas. Przyjęłam tę zasadę w życiu: nie zapycham głowy rzeczami, które wydają mi się zbędne. Tak jak Dagna i Ania – nie potrafię się nudzić i zawsze znajduję sobie coś do roboty. Dlatego zazwyczaj pracuję nad kilkoma rzeczami jednocześnie.

W jaki sposób wybierasz, którymi projektami zajmiesz się najpierw, a którymi później?

Realnie patrzę na czas jaki mam do dyspozycji. Ogarniam dużą perspektywę a potem przechodzę do detali. Na początku roku zakładam sobie plan do wykonania w poszczególnych miesiącach, później dostosowuje go do pojawiających się stopniowo zmiennych.

Są rzeczy które wiem, że muszę zrobić tj. poszczególne zajęcia na uczelni czy kursy z jakiejś dziedziny. Dopiero potem rozważam opcje dodatkowe.
Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem.

Z czasem nauczyłam się priorytetyzować oraz tego, że momentami przeszkadza… mój własny przesadny optymizm. Przekonałam się na przykład, że mimo szczerych chęci nie z każdym da się coś zrobić – w takich sytuacjach robię zwrot i wycofuję się z obranego kursu. Myślę, że to bardzo zdrowe podejście oszczędzające tak czas jak i energię.

Do realizowania poszczególnych zadań na codzień używam Techniki Pomodoro pomagającej skutecznie zarządzać czasem. Wpadłam na nią przypadkiem już dawno i została ze mną do teraz.

Czym jest dla Ciebie pisanie bloga?

Blog to przede wszystkim hobby ale i narzędzie do wielowymiarowej nauki.
Mnóstwo osób nie zdaje sobie sprawy jak wygląda blogowanie na tzw. backstage’u.
Dzięki prowadzeniu bloga nauczyłam się obsługiwać kilka programów, odbyłam parę dobrych kursów i wciąż w solidny sposób zdobywam wiedzę, która okazuje się być potrzebna w różnych dziedzinach życia. Mieszkając jeszcze w Polsce zawarłam też kilka fajnych blogowych znajomości, które do tej pory utrzymuję. Zresztą nawet w Seattle dzięki blogowi poznałam wiele osób, których być może nigdy bym nie spotkała.

Blog uważam również za moją przestrzeń osobistą. Piszę o obserwacjach, informacjach jakie zebrałam, ludziach jakich spotkałam i miejscach, które odwiedziłam. Staram się by to, co robię było zawsze wartością dodaną tak dla mnie jak i moich czytelników.
Dlatego właśnie piszę o tym, o czym sama chciałabym przeczytać.

Gdy przyjechałam do Seattle chciałam przeczytać o kobietach podobnych do mnie lub w podobnej do mojej sytuacji.
Miałam szczęście poznać takie dziewczyny i chciałam się tym podzielić z innymi. Myślę, że lepiej jest robić coś wspólnie z fajnymi ludźmi niż lansować siebie na wielkiego blogera.

Generalnie uważam też, że pomaganie i wspieranie siebie nawzajem jest dobre i powinno być częściej praktykowane wśród polskiej społeczności. Dzięki takiej fajnej współpracy wielu ludzi dowiedziało się np. o Marii i Black Birch Textiles, Dagnie z Silesia Guitars, czy chociażby o zdjęciach Marty.

Co dał Ci Projekt SIS i co najbardziej zaskoczyło Cię w trakcie wywiadów do SIS?

Pisanie o Polkach w Seattle mi osobiście przyniosło same pozytywne zaskoczenia.
Ale chyba największym jest to, ile nauczyłam się od moich bohaterek!
Każda dziewczyna wniosła do projektu coś innego i o to też mi chodziło.

Wydaje mi się, że m.in. dzięki rozmowie z Magdą wróciłam na uczelnię i postanowiłam wycisnąć z niej jak najwięcej! Mariola, Maria i Marta to dla mnie dziewczyny zarażone niesamowitą pasją, którą postanowiły konsekwentnie realizować.
Gdy poznałam SylwięDagnę zrozumiałam, że los uśmiecha się do nas dużo częściej niż mogłoby się wydawać i w wielu sytuacjach same powinnyśmy brać sprawy w swoje ręce.
Natomiast Ania to wciąż jeden z moich lokalnych autorytetów.

Dostałam też wiele pięknych wiadomości od przeróżnych kobiet zainspirowanych tą serią.
Rozumiem, że nie wszyscy chcą lub mają odwagę pisać publiczne komentarze, dlatego tym bardziej za nie dziękuję!

Jak można się spodziewać, wciąż jest cała masa kobiet, których nie opisałam, ale które m.in. dzięki temu projektowi poznałam. Są też te, których przez ten rok nie miałam okazji spotkać – może jeszcze się poznamy, może nie – “no pressure.”

Wpis na FB przedstawiający projekt SIS wywołał najróżniejsze reakcje wśród Polek – jedne były entuzjastyczne, inne nie do końca.
Jak radzisz sobie z negatywnymi reakcjami otoczenia na to co robisz i nie tracisz motywacji?

Chodzi Ci o umieszczenie informacji o pojawieniu się wpisu w grupie Polek na Facebooku.
Tak, jakieś poruszenie powstało, ale wydaje mi się, że nie ma co tego wyolbrzymiać.

My – dziewczyny tworzące Projekt SiS – byłyśmy tak samo zaskoczone negatywną interpretacją niektórych osób co one ‘kontrowersyjnością’ artykułu “Jakie są Polki w Seattle”.

Ważne jest to, że mimo tych kilku negatywnych głosów cały czas dostaję dużo więcej pozytywnego feedbacku w prywatnych wiadomościach i rozmowach. Poza tym, negatywne głosy będą zawsze – bez względu na to co robisz. Ania Cholewińska prowadzi przecież bardzo potrzebną Szkołę Polską w Bellevue i mimo że odwala kawał dobrej roboty też spotyka się z różnego rodzaju krytyką.

W przypadku  Projektu SIS miałam już plan i zrealizowałabym go bez względu na to, czy komuś się to podoba czy nie. Internet jest na tyle duży, że każdy może w nim znaleźć to, co przypadnie mu do gustu.

Sukces, Satysfakcja i Spełnienie dla każdego znaczą coś innego dlatego w tym projekcie każda z dziewczyn opisuje swoją własną historię. Te historie, jak i cały zamysł projektu, który miał za zadanie pokazanie różnorodności ścieżek jakie przeszły i wybrały moje bohaterki można interpretować w dowolny sposób.
Można je odnieść do swojej sytuacji albo nie.
Nic nie poradzę jeśli ktoś postanowił się za to obrazić.

Jedna z fantastycznych dziewczyn, której nie ma akurat w Projekcie SiS i z którą rozmawiałam jakiś czas po pierwszym artykule powiedziała:

“Nie musisz być jak zupa pomidorowa – nie wszyscy muszą Cię lubić.”

W zupełności się z tym zgadzam.

Czy będzie kolejna seria Projektu SIS?

Nie wiem, bo nie zależy to tylko ode mnie. Wiem natomiast, że w 2018 roku czeka mnie kilka ogromnych projektów, które pochłoną bardzo dużo czasu. Choć artykuły z tej serii szybko się czyta, cała koordynacja i tzw. “proces twórczy” są dość czasochłonne.

Jest też tak, że nie z każdym da się pracować nad tekstem, bo jak powiedziano:
duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Brak czasu i weny, ogrom obowiązków czy po prostu słomiany zapał utrudniają napisanie czegokolwiek. Zobaczymy – jeśli dostanę konkretne propozycje i uda nam się spiąć je w czasie być może powstanie ciąg dalszy.

Czy masz jakieś ulubione miejsca w Seattle z których czerpiesz energię lub inspirację? I czy zadomowiłaś się już w Seattle?

Jestem kawoszem i praktycznie wszystkie miejsca, gdzie serwuje się kawę są dla mnie doskonałą okazją do ładowania baterii. Warto chyba podkreślić, że choć to w Seattle powstał Starbucks i jego logo znajdziecie niemal na każdym rogu, to jest tu też ogromna ilość mniejszych palarni kawy.

W Ballard mam na przykład dwa ulubione miejsca do których wciąż chętnie wracam – Ballard Coffee Works i Anchored Ship Coffee Bar. Na Queen Anne znalazłam też La Marzocco Cafe w recepcji Radia KEXP.

Dźwięki kawiarni, brzęczących szklanek, nalewanej kawy i przytłumionych rozmów zawsze pomagają mi się skoncentrować. Lubię zawieszać wzrok na ruchu ulicznym i zaczytanych w książkach ludziach. Takie dekadenckie przesiadywanie w kawiarni przypomina mi czas spędzony w Krakowie. Poza tym chciałabym kiedyś nauczyć się profesjonalnie robić kawę i tu, w Seattle, jest ku temu wiele okazji.

Mogę też śmiało napisać, że jeśli nie wyjeżdżam za miasto do jednego z Parków Krajobrazowych to  miejsca takie jak Discovery Park, Golden Gardens czy Green Lake nieźle ładują moje baterie.
Łączy się to zdecydowanie z aktywnością jaką można tam uprawiać: spacerowanie, jeżdżenie na rowerze czy pływanie kajakiem świetnie ładują akumulatory.

Ostatnio zaczęłam też grać na ukulele – to świetny, wesoły instrument którego wielkość jest odwrotnie proporcjonalna do ogromu szczęścia jakie potrafi przynieść!

I TAK! W Seattle czuję się jak w domu i na tym etapie mojego życia nie mogłabym mieszgać nigdzie indziej!