Marta jest jedną z pierwszych Polek jakie poznałam w Seattle. W pachnącej croissantami kawiarni Besalu w Ballard, spotkałyśmy się by rozmawiać o zdjęciach i tak od słowa do słowa postanowiłyśmy zrobić coś razem.

Marta jest w USA od 1997 roku.
Z mężem i dwójką nastoletnich synów mieszka w domu, którego taras wychodzi na pachnący las. W jednym z pokoi urządziła małe studio fotograficzne, w którym uchwyca niesamowite emocje.

Zastanawiam się po jakim czasie zaczęłaś czuć się tu jak w domu?  

(Śmiech) Czucie się jak w domu jest pojęciem nieco skomplikowanym!
Myślę, że nawet po tylu latach mieszkania w USA wciąż jestem zawieszona gdzieś pomiędzy Europą a Stanami – nigdy do końca u siebie. Ale rzeczywiście stan Waszyngton krajobrazowo może  przypominać trochę mazurskie lasy i jeziora.
Ponadto, stan Waszyngton tak jak Polska ma cztery pory roku, więc dla kogoś kto przyjeżdża prosto z kraju przeprowadzka tutaj nie jest aż tak ogromną zmianą. Ten stan kondensuje w sobie klimat i krajobrazy jakie mamy w Polsce.
No może poza wulkanami i oceanem.

Jestem ciekawa jaka była pierwsza rzecz o jakiej pomyślałaś gdy dostałaś wiadomość o wylosowaniu zielonej karty do USA?

Marta Bras, Projekt SIS, Polki w Seattle
fot. Marta BrasProjekt SIS: Marta Bras”

Tak naprawdę decyzję o emigracji mieliśmy podjęta jeszcze przed dostaniem wiadomości o zielonej karcie. W tamtym czasie myśleliśmy z Jarkiem, poważnie o Nowej Zelandii ale gdy okazało się, że przypadkowo wypełniona aplikacja na poczcie w Warszawie zaowocowała zieloną kartą do USA.
Zbyt długo się nie zastanawialiśmy.

Rzuciliśmy się na głębokę wodę i dopiero wtedy uczyliśmy się pływać.

W Stanach zaczynaliśmy wszystko od całkowitego początku, łapaliśmy najróżniejsze prace żeby przetrwać i początki zdecydowanie nie były łatwe.
Dopiero po dwóch latach znalazłam pracę, w której mogłam wykorzystać swoje studia psychologiczne.

Myślę, że ta sytuacja nauczyła mnie pokory, i wiary w to, że gdziekolwiek bym nie była to sobie poradzę…

Potem, już na Florydzie, skończyłam terapię rodzinna i małżeńską – ot taka mała odskocznia od bycia pełnoetatową mamą.

A jak po przyjeździe nawiązywałaś nowe znajomości?
Ludziom, którzy przyjeżdżają do zupełnie nowego miejsca często ciężko jest odnaleźć się w nowym środowisku.

Nawiązywanie znajomości na emigracji jest ciekawą sprawą. Grono osób z Polski jest mocno ograniczone, nawet w samym Nowym Jorku, w którym wylądowaliśmy po przyjeździe i gdzie Polonia jest dosyć duża. Wielu z nas staje się otwartych na znajomości których prawdopodobnie byśmy nie nawiązali lub nie kontunuowali w Polsce.
Część osób ogranicza kontakty z krajanami do minimum.
Ja w gronie swoich znajomych mam kilka naprawdę fajnych Polek, kilka Amerykanek no i parę osób z całego świata. Bardziej niż duże grono znajomych i przyjaciół liczy się dla mnie jakość kontaktów.

Nowe znajomości zawieram pewnie tak jak większość ludzi: w pracy, tam gdzie mieszkam, przez pasje i zainteresowania. Poza tym dzieci wnoszą nowe osoby do naszego życia. Niektóre znajomości są przelotne i kończą się wraz z sytuacją lub etapem życia które nas zbliżyły. Pewni ludzie natomiast pozostają w naszym życiu na dłużej bo okazuje się, że jest w nich coś więcej, przez co tę znajomość warto utrzymać i pielęgnować.

Teraz dodatkową możliwością poszerzania grona znajomych są social media.
W ciągu ostatnich paru lat świat zmienił się dzięki nim ogromnie!
Cieszę się, że nowi rodzice dzięki nim mogą poznać innych rodziców będących w podobnej sytuacji. Rodzicielstwo może być trudnym i samotnym okresem.
Mówi się przecież, że “potrzeba całej wioski by wychować dziecko.” Trudno to sobie teraz wyobrazić, ale gdy mieszkałam na Florydzie przez 7 lat  znałam tylko jedną dziewczynę z Polski.

Każde miasto ma swoją energię; Nowy Jork i Miami znacznie różnią się od Seattle. Co skłoniło Was do przeprowadzki tutaj?

Do Seattle przygnały nas marzenia o górach i klimacie z czterema porami roku.
Pomogła Jarka praca, bo dzięki niej się tu przeprowadziliśmy.

Rzeczywiście każde z tych miast jest inne. Nowy Jork w mojej pamięci jest miastem w ciągłym ruchu, w którym każdy gdzieś pędzi. Raczej nie nawiązujesz z ludźmi kontaktu wzrokowego w metrze czy na ulicy, żeby nie wpakować się w kłopoty.

Miami jest inne, ma duże wpływy kultury latynoamerykańskiej, ludzie są bardziej przyjacielscy, wiele rzeczy jest odłożonych na mañana.
Liczy się tu i teraz, a reszta może poczekać.

A Seattle jest chyba najbardziej zbliżone klimatycznie do Polski. Cztery pory roku, lasy jeziora, góry. Ludzie stąd  są w większości przyjacielscy ale tylko do pewnego poziomu, potem zaczyna się tzw. “Seattle freeze”.

Nigdy nie zapomnę jak nasz były sąsiad zaraz po tym jak się tu przeprowadziliśmy zajrzał do nas żeby nam powiedzieć jak bardzo się cieszy, że się tu przeprowadziliśmy, bo jesteśmy takimi miłymi ludzmi…
Przez następne 10 lat nasza znajomość nie wyszła poza tę rozmowę.
Oczywiście mijaliśmy się od czasu do czasu na ulicy pozdrawiając się serdecznie, ale to by było na tyle.

Poznałyśmy się dzięki rozmowie o Twoich zdjęciach, ale masz wiele hobby: wspinasz się, uprawiasz snowshoeing, jesteś wolontariuszem w schronisku dla zwierząt, no i w jednym z pokoi swojego domu, urządziłaś studio fotograficzne. Pracujesz też jako psycholog!

Na ściance wspinaczkowej poznałam swojego przyszłego męża i wspinanie jest ze mną od czasów studiów w Warszawie. Ten sport nie tylko utrzymuje mnie w jako takiej formie, ale do tej pory pozwolił mi poznać wiele interesujących osób. Snowshoeing jest najnowszym pomysłem na zimowe hobby i choć nie mam w tym jeszcze zbyt wiele doświadczenia jestem pewna, że będę miała jeszcze niejedną okazję je zdobyć.

Fotografia to zdecydowanie moja życiowa pasja. Fotografuje od dawna ale dopiero  parę lat temu podjęłam decyzję o rozwijaniu się w tym kierunku.

Zaczynałam robić zdjęcia jeszcze w zamierzchłej epoce fotografii analogowej.
Teraz, zajmuję się głównie fotografią portretową ze specjalizacją w ‘headshots’.
Ludzie mnie intrygują a uchwycenie na zdjęciu czegoś więcej niż powierzchowności jest dla mnie celem samym w sobie. Myślę, że w erze szybkich selfies wciąż jest miejsce na fotografię portretową, która pozwala uchwycić lub stworzyć ten specjalny moment.
Bardzo lubię też fotografować dzieci, bo do pewnego wieku dzieci są całkowicie naturalne, i zatrzymanie w kadrze momentów z ich życia jest bezcenne – tak szybko rosną i się zmieniają.

Oprócz tego robię zdjęcia czegoś zupełnie innego – real estate, architektury i ulicy.
Mam parę fotograficznych projektów nad którymi obecnie pracuję.
Moje portfolio można obejrzeć na
@lesmianka, @portraits_by_marta i na martabras.com.

Wolontariat w schronisku dla zwierząt był (od jakiegoś czasu mam w nim przerwę, ale na pewno do niego jeszcze wrócę) połączeniem mojej pasji fotograficznej i chęci pomocy zwierzętom.
Schronisko potrzebuje dobrych jakościowo zdjęć, które może zamieścić na swojej stronie internetowej by znaleźć rodziny adopcyjne dla zwierząt.

Nie mogę mieć psa ani kota w domu ze wzgledu na alergie mojego syna, a pracując ze zwierzętami w schronisku mam okazję spędzenia z psiakami choć jednego dnia w tygodniu.

Dodatkowo, a może przede wszystkim, pracuję na pół etatu jako terapeuta z rodzinami potrzebującymi pomocy terapeutycznej związanej z wychowywaniem dzieci.
Dzięki zdobytemu certyfikatowi pracuję między innymi metodą Triple P (Positive Parenting Program), która przynosi dobre rezultaty.
Ta część mojego życia kręci się wokół rodzicielstwa – najtrudniejszego zajęcia świata, do którego większość z nas nie ma żadnego przygotowania.

Czy po tylu latach tutaj masz jakieś swoje ulubione miejsca, które mogłabyś nam polecić?

O stanowczo! Bardzo lubię Whidbey Island z jej oceaniczno lakowym krajobrazem.
Seattle Downtown zawsze mnie intryguje ze względu na nieskonczone mozliwosci fotografii ulicznej. No i oczywiscie otaczające nas góry z ich nieujarzmioną dzikością.

Marta Bras, Projekt SIS, Polki w Seattle
fot. Marta BrasProjekt SIS: Marta Bras”