Jesteśmy w Seattle już ponad rok, ale do tej pory nie było żadnego podsumowania i żadnego rachunku zysków i strat. Mimo tego, takie podsumowanie już dawno pojawiło się w mojej głowie i w końcu pomyślałam, że musi się ono wykluć właśnie tej wiosny.

Obserwowałam tą rzeczywistość trochę jak Bronisław Malinowski i dzięki zgrabnym notatkom stworzyłam małą “białą księgę” swojego dotychczasowego pobytu w USA. Streściłam wszytko w 10 zgrabnych punktów i dodatkowe małe podsumowanie najważniejszych zmian, które na samym końcu wpisu może Was nieco zaskoczyć. 

Wiem na przykład, że od przyjazdu do Seattle zdążyliśmy 3 razy się przeprowadzić, zorganizować 4 przyjęcia, wyjechać na kilkanaście wycieczek do różnych parków krajobrazowych, nawiązać kilkadziesiąt znajomości, być na 3 konferencjach, znaleźć pracę, zapłacić amerykańskie podatki, skorzystać z usług amerykańskiej służby zdrowia i zrozumieć niektóre uniwersalne prawdy życiowe.

Przywykłam już trochę do tego, że większość ludzi wodę na herbatę gotuje w mikrofalówce i do tego, że moją datę urodzenia podaję zaczynając od miesiąca. Ba! Potrafię teraz bez oporów podać numery mojej karty kredytowej przez telefon, zostawić 20% napiwek w knajpie i spokojnie przejść na drugą stronę ulicy przy krzyczących na mnie w Seattle światłach dla pieszych. Wszystkie te mniej lub bardziej trywialne obserwacje zobaczycie poniżej.

1. Ten przerażający młynek w zlewie…

W amerykańskich domach to, że w kuchennym zlewie zamontowany jest młynek do mielenia odpadów to norma. Pewnie, tak jak ja, widzieliście go w filmach. I co? I to, że przez kilka dobrych miesięcy po przyjeździe unikałam używania tej komory zlewu jak ognia!

Bo kojarzycie na pewno sceny z amerykańskich horrorów, gdzie zmywający naczynia bohater nagle upuszcza coś (np. obrączkę) w głębokie czeluści młynka i wkłada do niego łapę, żeby to coś wydobyć? I w tym momencie jakaś upiorna siła włącza młynek totalnie mieląc mu paluchy?! Człowiek krzyczy, krew tryska w każdą stronę, a młynek jak mielił, tak mieli.

Właśnie to widziałam oczami wyobraźni za każdym razem patrząc na ten amerykański zlew. Na szczęście ten absurdalny (acz nie bezpodstawny!) strach udało mi się przezwyciężyć wkładając do zlewu… plastikowe sitko….

2. Klimatyczny autobus

Przez kilka pierwszych miesięcy w Seattle intensywnie korzystałam z komunikacji miejskiej i zdążyłam przyzwyczaić się do zatrzymywania pojazdu żółtym kablem, o którym pisałam dawno temu we wpisie 10 najdziwniejszych rzeczy w USA.

Seattle po roku
Autobusy w Seattle są ciekawe tak w środku jak i na zewnątrz… Często widzę na nich różne interesujące reklamy.

Przywykłam też do tego dziwnego zapachu autobusów – zapachu brudu i marihuany, który nieodłącznie kojarzy mi się teraz z tym środkiem transportu. Można powiedzieć, że podejrzany wydałby mi się autobus bez kręcącego w nosie swądu skrętów, pomieszanego z zapachem wytartych siedzeń i zakurzonego plastiku.

To zapach inny niż ten, który w krakowskich tramwajach czujecie, gdy do przedziału wchodzi Pan Żul. Zapach lokalnych autobusów niekoniecznie wywołuje konwulsje i odruch wymiotny, a lekkie kręcenie w nosie i w głowie. Raczej nie można się tym zapachem zjarać, ale kto wie – być może moja trasa była zawsze zbyt krótka?!

Nad tym zapachem można w końcu przejść do porządku dziennego i z czasem traktować go jak normalny element krajobrazu.

Autobusy w Seattle mają jednak inną narkotyczną cechę, którą do tej pory się jaram.
Coś, czym nie potrafiłam się nie zarazić i bez czego nie rozpoznałabym tego miasta.
Gdyby choć na jednym przystanku ktoś wysiadający głośno nie podziękował kierowcy szalenie bym się zdziwiła! Niby drobnostka, a pozwala mi wierzyć, że ludzie są po prostu fajni i mili.

3. Amerykański tryb samochodowy

Po latach polegania w Polsce na PKS-ach, PKP, MPK, MZK i temu podobnych środkach komunikacji publicznej, tym samym nie mając prawa jazdy wiedziałam, że we współczesnym amerykańskim rozumieniu będę nieco… kaleka.

Dlatego, prawo jazdy było jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiłam po przeprowadzce do Stanów. Zdałam bez problemu, ale nie wiem czy dlatego, że zdawałam w Stanach czy dlatego, że wcześniej ucząc się jeździć po Warszawie na drodze przeszłam prawdziwy poligon. 

Pamiętam, że przed przeprowadzką na przedmieścia i kupnem samochodu pot spływał mi po czole, gdy wypożyczonym Zipcarem jechałam na jeden z wywiadów z Projektu SiS.

Dziś nie jest źle, choć czasami i tak zdarza mi się pocić za kółkiem… Bo To, co wciąż przeraża mnie w jeżdżeniu autem po tych kilkupasmowych autostradach to też zapach…

Zapach zioła na autostradzie. Od czasu do czasu zdarzy się, że jadąc czteropasmówką poczuję ten charakterystyczny swąd. Ten dym z jadącego z przodu samochodu dochodzi do mnie przez kanaliki wentylacyjne. Wtedy, właśnie w takim momencie, znów zaczynam się pocić… Bo co to za szaleniec robi sobie na drodze hotbox?!
I nie – nie myślcie sobie, że tak można i że to legalne. Nie można i pisałam o tym 
we wpisie o zielonym stanie Waszyngton.

4. Obsługa klienta

Jeśli obsłużył Was kiedyś arogancki kelner, a ciężkie westchnienie baristy przyjmującego zamówienie na sojowe latte z podwójnym espresso wzbudziło w Was poczucie winy, że wymyślacie jakieś dyrdymały zamiast zamówić małą czarną i dać człowiekowi święty spokój, to wiedzcie, że jest gdzieś kraina szczęśliwości!

Seattle po roku
Zakupy na Pike Place Market to zawsze okazja do pogadania ze sprzedawcami i spróbowania jakichś pyszności, bo czemu nie? Fot. Monika Grzelak

Jeszcze nie zdarzyło mi się w Seattle spotkać z niemiłą obsługą klienta. Ekspedient przy kasie, kelner w restauracji, pracownicy sklepu wykładający towar na półki, a nawet pani na linii obsługi klienta w elektrowni zawsze mają dobry humor i czujesz, że chcą Ci jak najlepiej pomóc. Pomóc jak człowiek człowiekowi (ale wiadomo – to jest ich praca i kasę za to dostają). A może ludzie pracujący tu w usługach wiedzą po prostu, że klient jest w każdej chwili gotów napisać o nich na Yelpie i stąd ta uprzejmość?

OK, żeby nie było tak sielankowo; gdy opowiedziałam o tym swoim spostrzeżeniu koledze z zajęć, ten uniósł brwi ze zdziwienia mówiąc, że mam po prostu ogromne szczęście. On już wiele razy w Stanach spotkał się z naburmuszonym sprzedawcą. Co mogłam powiedzieć…“Wcale ci się nie dziwię skoro jesteś z NYC gdzie wszyscy trącają się łokciami.” Nadal się przyjaźnimy. 

Konkretne przykłady?

Wróćmy do tej dobrej wersji scenariusza o obsłudze klienta.
W moim doświadczeniu tzw. Customer Service jest tu tak dobry, że kilka razy z małżonkiem pocieraliśmy oczy ze zdziwienia!

  • Pierwszy raz, gdy wprowadzając się do pustego mieszkania musieliśmy kupić meble. Jak normalny człowiek XXI wieku część tych mebli zamówiłam przez Internet.

Przesyłka przyszła bardzo szybko, ale gdy tylko zaczęliśmy składać wyśniony regał na książki jedna z szyn wysuwających szuflady nie pasowała. Już wyobraziłam sobie niefajną przeprawę z osobą po drugiej stronie słuchawki i wielomiesięczne oczekiwanie na zwrot kasy. W sumie, byłabym zupełnie szczęśliwa gdyby wysłali mi dobrą część, która wszystko naprawi, ale “już wiedziałam jak będzie” po doświadczeniach zgłaszania reklamacji w Polsce.

Szczęka opadła mi już na początku rozmowy, gdy miła pani na linii powiedziała, że wszystko jest OK i bardzo przepraszają za taki błąd. Pani powiedziała jednak, że nie wyślą mi nowej części. Nikt nie chce też żebyśmy odsyłali im szafkę. Zwrot pieniędzy na kartę dostaniemy w przeciągu kilku dni, a jeśli chcemy to oni mogą wysłać nam drugą szafkę… za darmo! Coooooooooo?! Jak żyję nie słyszałam o takich biznesowych praktykach!
I tak, za okrągłe NIC, mamy teraz dwa wyśnione regały i wciąż za mało polskich książek…

  • Inną sytuacją jaką potrafię przytoczyć w tym temacie są zakupy w jakimkolwiek sklepie stacjonarnym. Nie raz w długich alejkach supermarketu, albo tutejszej “Castoramie” (Homedepot) łażę jak zagubione dziecko szukając czegoś z mojej listy.
Moje polskie przyczajki…

Początkowo tak, jak w Polsce czaiłam się jak wąż w pomidorach na zarobionego pracownika sklepu, który właśnie odpowiedzialnie wykłada na półki chemię. Podchodziłam nieśmiało i posypując głowę popiołem przepraszałam, że znowu przyszłam tu nieprzygotowana ze sklepowego layoutu. Po czym zapewniałam, że jeśli poświęci mi on pół minuty by wskazać drogę do półki z groszkiem moja rodzina będzie dozgonnie wdzięczna!

Seattle po roku
Seattle: Sklep z różnościami

Różnica jest taka, że tutaj, moje zbłąkane oczy przyciągają zaskakująco dużo uwagi nawet wtedy, gdy jej zupełnie nie potrzebują.

Powiedzmy, że patrzę na ser, na dwa rodzaje sera. Trzymam je w ręku i czytam etykiety próbując zdecydować, czy tak naprawdę w ogóle potrzebujemy sera. Może powinnam raczej skierować się w stronę półki z tofu?

I w tym momencie przepychający wózek z krakersami pracownik sklepu pojawia się przy mnie i pyta czy aby na pewno znalazłam wszystkie rodzaje sera jakie mają w ofercie, bo pyszna jest np. Mozarella! I opowiada mi zaraz, że on w weekend zrobił taką świetną sałatkę dla rodziny, a tym co zostało podzielił się jeszcze z sąsiadami.

No i ja już nie wiem, czy my dalej rozmawiamy o serze, czy może on z portfela wyciągnie zaraz zdjęcia swoich dzieci i na środku alejki z nabiałem zaczniemy razem robić włoskie kanapki…

5. Pośmiertne zdjęcia do dokumentów w USA

Załatwianie formalności w USA wiąże się z tym, że do wielu dokumentów wymagają tu od nas zdjęcia. I o tyle, o ile właśnie napisałam, że na obsługę klienta nie mogę tu narzekać, to jeśli istnieje jakiś sposób by obca osoba totalnie spieprzyła mi dzień jest nią właśnie kasjer w drogerii, lub urzędnik robiący zdjęcie.

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do tego, że w Polsce po zdjęcie do paszportu, wizy czy prawa jazdy idziecie do fotografa, który wie co robi, to tutaj, zdjęcia do tych formalnych dokumentów robione są przez kasjera lub urzędnika, który ma ważniejsze sprawy na głowie niż to, czy w paszporcie wyglądać będziesz jak Gollum.  

Dlatego za każdym razem patrząc na swoje zdjęcia w amerykańskich dokumentach mój bogaty wewnętrzny świat od razu rozszerza się o litanię siarczystych przekleństw.

Nie masz co liczyć, że kasjer w “Rossmanie” (CVS) w 5 sekund poprawi swój kunszt fotografii, a urzędnik obsługujący kolejkę interesantów zrobi kilka zdjęć i wybierze to, na którym  wyglądasz względnie ludzko. Dziękujesz, płacisz, wychodzisz.

Szczytem okropności wśród moich formalnych zdjęć było chyba to zrobione ostatnio do nowego prawa jazdy w Department of Motor Vehicles. Zaczęłam zastanawiać się więc, czy tylko ja mam takie okrutne szczęście do uwieczniania mojej twarzy w najgorszej fazie zombi. W końcu znalazłam ten film i wyjaśniło się dlaczego w dowodzie wyglądam jak nieboszczyk. 

6. Tłumaczenia przysięgłe polskich dokumentów w USA

Tłumaczenie formalnych dokumentów w Stanach to też proces zupełnie inny od tego, do którego przyzwyczajeni byliśmy w Polsce. Wiem, że egzamin na tłumacza przysięgłego w kraju jest szalenie trudny. Dlatego uważam, że tym którzy oddają życie tej profesji należy się każda zarobiona złotówka, ale!

Czasami wystarczy się tylko wczytać w stronę internetową U.S. Department of Homeland Security by dowiedzieć się, że w danej sytuacji wystarczy podpis znajomego, który zna oba języki by tłumaczenie zostało zaakceptowane.

I takie rozwiązanie było idealne do przedłożenia karty szczepień, którą przez całe życie rodzice podawali pielęgniarkom, a która potrzebna była do procesu zielonej karty.

Pod tłumaczeniem użyliśmy formułki:

„I, ________________________, certify that I am familiar with the English and Polish languages, and certify that the above is a correct and accurate translation of the following documents attached hereto.”

Warto wiedzieć, że istnienie zawodu tłumacza przysięgłego w USA to kwestia sporna, bo tak naprawdę “nie istnieje jednolita forma uwierzytelnienia wymagana od tłumaczy pisemnych i ustnych pracujących na terenie Stanów Zjednoczonych.”  

W Stanach, możecie natrafić na “Tłumaczy Certyfikowanych” więc zanim zechcecie oddać swoje zielone dolary lub złote złotówki komuś, kto “pomoc oferuje”, to najpierw przeczytajcie Zawód: Tłumacz Przysięgły w USA – czy istnieje ktoś taki?

7. Wolontariat w Seattle

Przyznam, że byłam nieźle zaskoczona, że tylu ludzi w Seattle angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty zamiast wybrać oglądanie telewizji na wygodnej kanapie. Po przyjeździe myślałam też, że wolontariat w USA jest z Polakami i dla Polaków, ale szybko przekonałam się, że to zupełnie nie tak!

Ludzie angażują się tu w akcje i przedsięwzięcia im bliskie. Jeśli zależy nam na ratowaniu pszczół, szczególnie interesujemy się popkulturą lub niesamowicie ważne jest dla nas pielęgnowanie tradycji Kraju Kwitnącej Wiśni, najprawdopodobniej zechcemy poświęcić swój wolny czas na coś z tym związanego. Szybko zrozumiałam, że ważne by dobrać wolontariat do siebie i nie ograniczać się narodowością.

Z moich obserwacji wynika, że pracownicy danej organizacji mają zazwyczaj dość ukierunkowany i określony zasób wiedzy, są w podobnym wieku i najprawdopodobniej mają też podobne wykształcenie. Cel lub miejsce, któremu będziemy się oddawać mają też swoją atmosferę, która powinna nam odpowiadać. Dlatego jeśli uważamy, że nasz sposób postrzegania świata, zachowania i wartości się pokrywają, to jak najbardziej powinniśmy iść w stronę tego wolontariatu.

Po polsku w Seattle
foto: Impact Hub Seattle – Ten wolontariat, dzięki niesamowitym ludziom, których poznałam, pozwolił mi szybciej zgrać się z atmosferą tego miasta.

Ja po kilku miesiącach znalazłam świetny wolontariat, gdzie moja dobra energia i entuzjazm mogły się, de facto, pomnożyć. Będąc wolontariuszem w Impact Hub, który poleciła mi Mariola, poznałam mnóstwo świetnych ludzi, nawiązałam nowe przyjaźnie i zaskakująco przydatne znajomości biznesowe. Nagle okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych! 

A Taki zróżnicowany kulturowo wolontariat z fajnymi ludźmi rozszerza horyzonty w mieście, którego do tej pory nie znaliśmy. 

8. Lokalna miłość do Seahawks

Po kilku latach w rozdartym między Cracovią i Wisłą mieście Kraka, oraz pyskówkach warszawskiej Polonii z Legią, Seattle wydaje się być dziwne.

To miasto ogarnięte jest jednogłośną i współdzieloną miłością do lokalnej drużyny footballu amerykańskiego – Seahawks. Flagi Seahawks w oknach domów, naklejki na zderzakach samochodów, maskotki i gadżety w sklepach widać tu niemal na każdym kroku!
Słyszałam też legendy o tym jak niesamowita atmosfera panuje na meczach Seahawks, więc z pewnością kiedyś się wybierzemy – kiedyś, nie teraz. 

9. Bezdomni 

Ilość bezdomnych, których możecie zobaczyć na przykład w Seattle Downtown może niemiło zaskoczyć. Bezdomnych na ulicach jest naprawdę dużo, a jeśli mielibyśmy porównać liczby z samej tylko Warszawy i King County to statystyki wyglądałoby tak:

Bezdomność w Seattle po polsku
Oznacza to, że na 10 000 mieszkańców King county przypada ok. 54 bezdomnych gdy na taką samą ilość mieszkańców Warszawy jest ich 15-20

Bez wątpienia bezdomność jest jednym z problemów Szmaragdowego Miasta, a więcej na ten temat przeczytacie w artykule The Seattle Times ze stycznia 2018.

10. Przestrzenie publiczne i zaufanie społeczne

Seattle po roku
Seattle: Discover Park

Parki miejskie są tu bardziej dzikie niż wymuskane. Te zielone przestrzenie w większości przypominają tu lasy, w których możecie spacerować tak, jak w krakowskim Parku Jordana i wędrować jak podczas wycieczki pieszej na Podbeskidziu.

Ci mieszkańcy Seattle, którzy nie wyjeżdżają w weekend za miasto wpadają na takie krótkie piesze rajdy (Ang: hike) do parków co jest moim zdaniem super! Takim pagórkowatym szlakiem przez las dojdziecie na przykład do latarnii w Discovery Park.

Za każdym razem zaskakuje mnie tu również wysoki poziom zaufania społecznego.

Gdy w lecie pojechałyśmy z koleżanką na babski kemping w Północne Góry Kaskadowe i gdy cudem udało nam się znaleźć miejsce do rozbicia namiotu, ku memu zaskoczeniu przy niestrzeżonym wjeździe do leśnego zaułka stała metalowa skrzyneczka na czeki. Do skrzyneczki wrzuciłyśmy wypisany na daną kwotę czek, po czym spokojnie rozłożyłyśmy obóz. Potencjalnie jakiś człowiek mógł nas sprawdzić, bo z wypisanym czekiem uzupełniasz też specjalną karteczkę, ale czy to się dzieje?

Podobnie było zresztą w Rezerwacie Dzikiej Przyrody Billy Frank Jr. Nisqually gdzie pojechaliśmy z Bartoszem wiosną. Uzupełniasz papierek, wrzucasz $3 lub czek i normalnie wchodzisz do parku i nikt tego nie sprawdza.

Czy takie rozwiązanie sprawdziłoby się w Polsce? A może coś takiego już w Polsce funkcjonuje?

CZEKI to też dla mnie wciąż jakiś dziwnie archaiczny sposób płacenia za usługi w dobie czipów i płatności telefonem.

A teraz o tych najważniejszych rzeczach

Sama przeprowadzka do Seattle była ogromną zmianą w naszym życiu, ale w czasie tych ostatnich osiemnastu miesięcy podjęliśmy też różne decyzje nazywane przez niektórych “życiowymi kamieniami milowymi”.

Wśród tych decyzji była między innymi przeprowadzka do domku z bambusowym ogródkiem, powiększenie rodziny i lista długofalowych planów do realizacji. Zaskoczeni? No tak, tak… chwalić się jakoś nie lubię, a wszystko można powiedzieć w swoim czasie. 

Od przyjazdu zastanawiałam się co mogę robić w Stanach, by robić coś co lubię i by mój mózg nie zsechł się jak włoski orzech.

Zapaliłam się do całego mnóstwa pomysłów i zaczęłam zajmować się nimi z takim entuzjazmem, że w pewnym momencie zapomniałam o tym, że ludzie lubią wszelkiego rodzaju rozgrywki i intrygi. Odcięłam się od towarzystwa, które pała się takimi zajęciami i przeszłam do realizacji własnych projektów. Dlatego, dziś myślę, że był to jeden z najważniejszych kroków motywujących do bardziej kreatywnego życia po swojemu.

Początkowo, dla małej agencji marketingowej, pracowałam w Seattle jako Social Media Manager, ale po jakimś czasie zwiększył się mój love-hate relationship z mediami społecznościowymi i zrezygnowałam z tej ścieżki. Mocniej niż kiedykolwiek uwierzyłam w prawo przyciągania i w końcu, po kilku kursach online i dzięki tym naprawdę wartościowym i imponującym osobom jakie przyszło mi tu poznać, dołączyłam do grona studentów University of Washington. No i wow! Uczelnia jak z prawdziwych amerykańskich filmów odsłoniła w końcu w Seattle nowe horyzonty i przybliżyła mnie do celu jaki sobie wyznaczyłam! 

Jest fajnie i myślę, że będzie jeszcze lepiej! Niedługo zaczynamy nowy rodzinny rozdział w naszym imigracyjnym życiu w Seattle. Rozdział, w którym na świecie pojawi się Bejbi, które dołączy do odkrywania tego Szmaragdowego Miasta razem z nami! Do usłyszenia!

  • Aniu to już rok? Ale ten czas pędzi! Serdeczności na następne lata 🙂

    • Anna Sycz

      Tak! A nawet więcej niż rok! W październiku, do którego wcale nam się nie spieszy bo wyczekujemy letniej aury, będzie już 2 lata! To tylko ja mam takie opóźnienie w pisaniu refleksji 😉 Pozdrawiamy!

  • Anna Sycz

    Hahaha! Nie ma szans takich rzeczy Internet nie musi widzieć 😀

  • Kolejny super ciekawy wpis 🙂

    • Ania

      Dziękuję 🙂 Takie gęste jak kaszubski smalec wpisy trochę dojrzewają zanim ujrzą światło dzienne 😉